środa, 30 listopada 2016

[BOOKTOUR] ŚWIATŁO W MROKU I.M DARKSS


Witam was kochani w środowe przedpołudnie.

Dzisiaj historia z BOOKTOURa, który został zorganizowany przez niezastąpiony +Stan Zaczytany .


Światło w mroku to debiut I.M. Darkss. Książka została wydana nakładem Wydawnictwa Novae Res.

Już od pierwszego spotkania zaintrygowała mnie okładka - taka mroczna, tajemnicza, a jednocześnie zachęcająco do poznania historii bohaterów,


Co do samej fabuły to wypowiadać się nie będę, poza tym ,że jest ona na tyle wciągająca, że gdyby nie przeziębienie to połknęłabym ją w jeden wieczór. :)

Bohaterką Światła w mroku jest 19-letnia Eli, której nałogiem są słodycze :) W życiu dziewczyny pojawia się przystojny wybawiciel imieniem Jack. Między bohaterami iskrzy :) Oboje są bardzo sympatyczni i wzbudzili moją sympatię :)

Książka jest pisana z perspektywy bohaterów, bo poznała nam na dokładne poznanie uczuć, jakie przeżywają bohaterowie.

Światło w mroku czyta się przyjemnie, fabuła jest wciągającą Niespodziewane zwroty akcji, rozbudowane i dopracowane niemal do perfekcji dialogi to idealny debiut. Czekam na ciąg dalszy

Polecam książkę wszystkim :)

Dziękuje za udostępnienie +Stan Zaczytany  i życzę dalszych sukcesów autorce
1

poniedziałek, 28 listopada 2016

[CODZIENNOŚĆ] W Polsce najlepiej/najszybciej się leczyć prywatnie !

Dzień dobry kochani !

Mamy poniedziałek, za oknem w większości miast najpewniej biało. U mnie jeszcze szaro, ale śnieg powoli pada.

Dzisiaj wpis o polskiej służbie zdrowia. Trzy historie w mojej rodzinie i trzy podobne zakończenia .




Ja - lat 27- zdiagnozowana niedoczynność tarczycy, problemy hormonalne pod opieką ginekologa, wada wzroku -4,00 na obu oczach. Pierwsze problemy zdrowotne ujawniają się w 2008 roku, po konsultacji z endokrynologiem kładę się na oddział wewnętrzny jednego z większych szpitali w moim mieście. Sala początkowo dwuosobowa, po zmianach sześcioosobowa. Średnia wieku w sali +60. Badania na wszystkie hormony, DZM na kortyzol, usg tarczycy, dziennie kilkukrotnie pobierana krew. Brak snu przez 5 dni, bo starsze panie rzucają poduszkami, wymiotują, plują. Latam do dyżurki pielęgniarskiej kilka razy w nocy. W czwartek po powrocie z TK miednicy natrafiam na Wizytę Ordynatora. I oczywiście zaczyna się - z czym pani, to się leczy dietą i DiANE 35, nic innego nie ma , a pani tylko miejsce zajmuje.

Jestem tak wściekła, że już tylko krok od wypisu na żądanie, bo niewyspana, zmęczona i zdenerwowana nie jestem w stanie nad sobą zapanować. Płaczę w ramiona ojca, który przyjeżdża do mnie (właściwie po mnie). Za namową lekarki zostaje dzień dłużej, bo miałam robioną krzywą cukrową,

Wyniki po miesiącu, w miarę, do zrobienia rezonans nadnerczy (oczywiście prywatnie) Od tamtego czasu pod opieką endokrynologa.

Lata mijają, mój okres ma się średnio, po przybraniu 10 kg na wadze odstawiam Diane i rzucam całe to leczenie w cholerę.

Rok temu zrobiłam badania krwi prywatnie i z hormonami do ginekologa - 170 zł za wizytę. Znowu badania, znowu wizyta i zalecone Yasminelle, W między czasie po włączeniu hormonów TSH winduje w górę, dobijając 8 jednostek. Umawiam się prywatnie do endokrynologa - termin za 4 miesiące. Ginekolożka wypisuje mi Letrox 25 i biorę je do wizyty, potem endokrynolog potwierdza diagnozę i biorę już 50 mg tyroksyny. Teraz jest oki, ale wizyty prywatne doją mój portfel . Oprócz tego okulista.

Mój tato - lat 71- zdiagnozowana zaćma obuoczna. Pod kontrolą okulisty, oczywiście zalecona operacja , umówiona na styczeń 2020 . Prywatnie : oczywiście choćby za tydzień. Ostatnio był na konsultacji u okulisty - został skierowany na jakieś specjalne badanie - na styczeń 2017. Prywatnie - na jutro.


Moja mama - lat 64 - zdiagnozowana jaskra, do diagnostyki bóle brzucha. W lipcu zapisała się gastrologa - termin na listopad. W międzyczasie bóle brzucha, wymioty, nudności. Na wizycie u gastrologa - skierowanie do szpitala - termin na marzec 2017, bo nie ma wcześniej - mimo, że mama pracuje w służbie zdrowia. Prywatnie - za tydzień.


W Polsce jest problem ze służbą zdrowia, ze specjalistami, z gabinetami i generalnie z POZ. Moja rodzinna odesłała mojego tatę z terminem za tydzień - mającego gorączkę blisko 40 stopni. POZ ma za dużo podopiecznych, czekanie na wizytę tydzień to już odrobinę przesada.

Ostatnio próbowałam się dostać prywatnie do okulisty, dostałam informację ,że nie zapisują już do końca roku. I to prywatnie ! Paranoja. Teraz w grudniu mam wizytę u endokrynologa, zobaczymy co usłyszę. :)


5

niedziela, 27 listopada 2016

[CODZIENNOŚĆ] O tym jak dopadł mnie dół i jak sobie z nim radzę.

Dzień dobry kochani !!

Jak mija Wam niedzielne popołudnie ?

U mnie generalnie w porządku, poza tym ,że dopadł mnie DÓŁ.

Od czego się zaczęło ? Właściwie od samego rana, gdy półprzytomna po spędzeniu nad Lawendowymi Nutami nocy.

Wyszłam więc  z pokoju, trzymając kubek na kawę w dłoniach i podążyłam do kuchni. Przy stole siedzą moi rodzice, więc nalewam kawy do kubka i siadam na wolnym miejsc.

- Co taka nie wyspana ? - pyta mój tato, spoglądając na mnie podejrzliwie. - Zarywasz noce bez sensu.
- Poprawiam książkę, bo termin wysyłki do wydawcy się zbliża - odpowiadam, topiąc usta w płynie.- Wiesz jaka to dla mnie szansa.
- Ty chcesz książkę wydać ? Przecież nie umiesz pisać, żyjesz marzeniami i pewnie nic z  tego nie wyjdzie .

Nie wysłuchałam do końca, ale postanowiłam pokazać ojcu, że Lawendowe Nuty będą wydane i na tym  nie poprzestanę. Zawalczę o swoje marzenia. Mam nadzieję, że mi w tym pomożecie ?

A na tą chwilę zajadam się czekoladą z orzechami :)
Miłego dnia :)


1

sobota, 26 listopada 2016

[ 5 mil do szczęścia] Zakochanie z zaskoczenia

 Dzień dobryy !!!

Dziękuje Wam kochani za liczne wejścia na stronę :) Nawet nie wiecie jakie to dla mnie ważne, jeszcze milej byłoby mi gdybyście komentowali :)

Dzisiaj jeszcze jeden rozdział z 5 mil do szczęścia. 

Zachęcam do czytania i komentowania . Pozdrawiam.



    Samolot linii Easy Jet z Paryża wylądował na krakowskim lotnisku. Po chwili w hali przylotów pojawiła się Iga, opalona i zrelaksowana. Wracała z Nicei, gdzie mieszkała jej ciotka, Julita Kraszewska. Spędzała tam miesiąc każdego roku. Ubrana w niebieską sukienkę bez rękawów i sandały na koturnie tego samego koloru kierowała się do punktu odbioru bagażu. Po chwili trzymała już za uchwyt czerwonej walizki. Wyszła przez budynek i wsiadła do taksówki, która czekała na nią.

Za tym się stęskniłam, pomyślała Iga, gdy taksówka odjechała.

     Po kilkunastu minutach czarny mercedes zajechał pod budynek hotelu studenckiego.
Szatynka zapłaciła za kurs, a następnie wyszła z samochodu. Młody kierowca postawił u jej stóp walizkę i po chwili odjechał. Z brązowej torebki wygrzebała pęk kluczy i skierowała się do holu. Ze skrzynki na listy wyciągnęła plik kopert – w końcu od blisko czterech tygodni nikt nie wybierał zaległej korespondencji. Trzymając walizkę w ręce weszła na korytarz, którzy prowadził do mieszkania asystenckiego. Do lokalu obok ktoś się dopiero wprowadził, o czym świadczyły poustawiane przy drzwiach wejściowych kartony. Weszła do mieszkania, odstawiła walizkę i odetchnęła z ulgą Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

     Jej współlokatorka Agata przebywała jeszcze na urlopie z narzeczonym w Hiszpanii. Iga odsłoniła rolety w salonie, uchyliła okno i zajrzała do kuchni. Po krótkim przeglądzie szafek i lodówki zdecydowała się na krótkie zakupy w osiedlowym sklepie. Wzięła z koszyczka materiałową reklamówkę i ruszyła na zewnątrz. Delikatny, sierpniowy wietrzyk omiatał jej rozpuszczone loki. Ze względu na porę dnia i trwające wakacje akademickie, w okolicy nie było zbytniego ruchu. W niewielkich delikatesach wybrała świeże owoce i warzywa, białe mięso i soki. Przed nią był ostatni luźny weekend, bo od pierwszego września czekał ją powrót do pracy. Gdy znalazła się w mieszkaniu, zrzuciła z siebie niebieską sukienkę, którą kupiła jej ciotka w Paryżu, założyła krótkie spodenki i bokserkę, a włosy wysmarowała olejem kokosowym i upięła w koczka. W plastikowych japonkach z marketu stanęła przed blatem w kuchni i zabrała się za przygotowywanie kolacji – od wielu dni chodziła za nią kanapka z kurczakiem w stylu sub. Wyciągnęła z szuflady ostry nóż i zrobiła pierwsze cięcie.

     Kiedy w poniedziałek zadzwonił budzik, Iga niechętnie zwlekła się z łóżka. Wzięła z szafy przygotowany na ten dzień komplet, składający się z czekoladowej sukienki bez rękawów i jasnych balerin, a następnie ruszyła do łazienki. Włosy upięła w odwrócony warkocz, do uszu włożyła białe perełki, a na szyję założyła delikatny wisiorek. Do torebki włożyła telefon, notes i butelkę wody mineralnej. Wychodząc, ogarnęła jeszcze wzrokiem mieszkanie. Spacer do Instytutu zajął jej kilkanaście minut. Przywitała się z pracownikami administracji, wpisała do zeszytu wejść i spokojnie ruszyła na piętro, do Zakładu Chemii Organicznej, gdzie miała swój pokój. Uruchomiła komputer w celu wydrukowania pytań na kolokwium poprawkowe dla studentów II roku. Zaparzyła sobie kawę i punktualnie o dziewiątej wyszła z pomieszczenia.

    Kiedy zamykała drzwi, ktoś ją popchnął i cała pula kartek wylądowała na podłodze.
– Przepraszam panią bardzo – usłyszała głos zatroskanego mężczyzny. – Nie zauważyłem pani.
– Nic się nie stało. – Podniosła z podłogi papierki i wyprostowała się. – Szymon?
– Iga? – Dawidowicz uśmiechnął się do kobiety i podał jej klucz, który zostawiła w drzwiach – Ty tutaj?
– Pierwszy rok studiów doktoranckich. – Zakrzewska uśmiechnęła się wkładając klucz do kieszeni białego fartucha – A ty co tutaj?
– Pracuję od dzisiaj w zakładzie – odrzekł i wskazał głową na drzwi naprzeciwko jej pokoju. – Będziemy współpracownikami?
– Na to wygląda. – Dziewczyna poczuła się zakłopotana. – Szymon?

     W tym momencie w korytarzu pojawiła się grupa studentów na kolokwium. Iga odetchnęła z ulgą, pożegnała Szymona i wraz z nimi ruszyła do sali seminaryjnej. Cała grupa rozsiadła się zgodnie z instrukcjami doktorantki i kilka minut później w pomieszczeniu zapadła cisza. Punktualnie o godzinie dziesiątej studenci odłożyli kartki i długopisy. Zakrzewska zebrała prace i ruszyła korytarzem do swojego pokoju. Zostawiła uchylone drzwi, usiadła przy biurku i zabrała się za sprawdzanie. Kiedy zakreślała odpowiedzi, zobaczyła przed sobą talerz, a na nim dwa pączki.

– Pączki z konfiturą truskawkową. – Szymon uśmiechnął się do dziewczyny chcąc nawiązać do ich pierwszego spotkania – Mam nadzieje, że lubisz?
– Poczekaj, zrobię kawy. – Podniosła się z krzesła i podeszła do niewielkiego ekspresu. – I jak ci się tutaj u nas podoba?
– W porządku, chociaż mój pokój to jakieś zakurzone pudełko. – Dawidowicz usiadł na wolnym krześle i spojrzał na dziewczynę – Myślałem, że jesteś aktorką.
– A ja, że ty jesteś biznesmenem.– Iga postawiła na blacie biurka filiżanki. – Pozwolisz, że dokończę sprawdzanie prac?
Mężczyzna oparł się wygodnie i wziął leżące na stole czasopismo.
– Jasne, będę siedział cicho i podziwiał jak pracujesz – odrzekł.

    Iga uśmiechnęła się do siebie, wzięła teczkę z pracami studentów i zagłębiła się w udzielanych przez adeptów odpowiedziach. Kiedy oddaliła się od biurka w celu zweryfikowania jednej z odpowiedzi, usłyszała ciche „cholera”. Odwróciła się i ujrzała zakłopotanego Szymon, którzy trzymał w dłoniach pustą filiżankę kawy. Po chwili zorientowała się, że cała mała czarna wylądowała na blacie biurka, a w dużej mierze na pracach studentów. Rzuciła się z ręcznikiem, by zebrać płyn, lecz w efekcie tego zapisy na kartkach zrobiły się kompletnie nieczytelne. Zrezygnowana usiadła na fotelu wlepiając wzrok w Szymona.

– I co ja ma teraz zrobić? – spytała, biorąc do rąk resztki arkuszy. – Oni mają za dwa dni egzamin.
– To wpisz im wszystkim zaliczenie. – Dawidowicz odstawił filiżankę i z niepokojem spojrzał na znajomą. – Ja tak nie raz robiłem we Wrocławiu.
– Ale, Szymon, to nieetyczne.
Zamyśliła się na chwilę, w końcu wpisała na listę zaliczeń pozytywne oceny.
– To nasz sekret, ok?
– W porządku, sekret to sekret. – Szymon poprawił krawat i podniósł się z krzesła. – Nie będę ci już przeszkadzać, spokojnego popołudnia.
– Do zobaczenia jutro.

    Odczekała, aż wyjdzie, i powróciła do pracy. Nie zauważyła nawet, kiedy wybiła godzina czternasta. Wyłączyła komputer, zdjęła biały fartuch i ruszyła do wyjścia.

         Gdy dochodziła do drzwi, dogonił ją Szymon.
– Idziesz do hotelu asystenckiego? – spytał otwierając jej drzwi. – Chyba jesteśmy sąsiadami.
– To twoje kartony walają się po korytarzu? – mówiąc to dziewczyna rozpuściła włosy i wyciągnęła z torebki okulary przeciwsłoneczne. – No to będzie ciekawie.

     Po drodze wstąpili do baru z orientalną żywnością. Zabrali ze sobą kilka białych pojemników termicznych. Oboje nie mieli ochoty stać nad garnkami. Iga zaprosiła nowego współpracownika do swojego mieszkania. W salonie było czysto – w końcu poświęciła na porządki całą niedzielę. Zdjęła buty, odstawiła torebkę na stojącą w przedpokoju szafkę. Mężczyzna ruszył od razu do salonu, stawiając na drewnianym stole reklamówkę.

– Napijesz się lemoniady? Mam zimną w lodówce. – Zniknęła na chwilę w kuchni, by nalać czegoś zimnego. – Jak ci się podoba Kraków?
– Lemoniadę? Poproszę. – Dawidowicz otworzył pudełko i w pomieszczeniu uniósł się zapach tajskiej potrawy. – A co do Krakowa, niewiele jeszcze widziałem, dopiero w ostatnim tygodniu sierpnia się przeprowadziłem.
– To może po obiedzie pokażę ci kilka fajnych miejsc? – Weszła do salonu z tacą, na której stał spory przeźroczysty dzbanek z lemoniadą i dwie wysokie szklanki. – Jest ładna pogoda.
– Dobry pomysł, a teraz siadaj. – Wskazał jej na wolne miejsce naprzeciwko siebie – Opowiedz, co tak piękna kobieta robi w śmierdzącym laboratorium?
– Urodziłam się w Krakowie, w młodości przez wiele lat mieszkałam w Sopocie. – Uśmiechnęła się na wspomnienie ostatnich lat. – Ze względów rodzinnych na studia wróciłam do Krakowa i tutaj żyję. A ty?
– Ja? Jestem z Wrocławia, ale urodziłem się nad morzem. – Szymon odłożył szklankę z chłodnym napojem. – Skończyłem tam studia, zrobiłem doktorat i po obronie w związku z brakiem perspektyw rozwoju przeniosłem się tutaj.
– Czyli wybrałeś jeszcze większe bagno. – Iga uśmiechnęła się i poprawiła opadające kosmyki włosów. – Przekonasz się, że bycie pracownikiem UJ-tu to też nie taka łatwa sprawa.
Po chwili odsunęła termoizolacyjny boks i podniosła się z krzesła. Wyciągnęła telefon z torebki, podłączyła go do leżącej na kuchennym parapecie ładowarki i stanęła w drzwiach.
– Pozwolisz, że pójdę się przebrać w coś bardziej casualowego? – spytała i spojrzała na towarzysza, po czym nie słysząc protestu ruszyła do swojego pokoju. – Za kwadrans będę gotowa.

     Czas, który potrzebowała na zmianę wizerunku, Szymon wykorzystał podobnie – pozbył się błękitnej koszuli i czarnych garniturowych spodni, stawiając tym razem na sprawdzone dżinsy i ciemnoniebieską koszulkę polo. Gdy wrócił, jego towarzyszka właśnie kończyła makijaż. Ubrana w ciemne dżinsy i biały obcisły T-shirt z Marylin Monroe wyglądała obłędnie. Do małej torebki listonoszki włożyła portfel z dokumentami, okulary przeciwsłoneczne, a na rękę bransoletkę.

– Idziemy? – rzuciła, chowając do szuflady jasną szminkę. – Mamy intensywne plany, jeśli chodzi o zwiedzanie miasta.

     Kiedy wieczorem powrócili do hotelu asystenckiego, oboje byli w doskonałych nastrojach. Pozwolili sobie na lampkę czerwonego wina w jednej z restauracji na rynku. Rozstali się przy wejściu do mieszkania Igi. Dziewczyna po zamknięciu drzwi odwiesiła torebkę na wieszak, zdjęła buty i przeszła do kuchni. Z lodówki wyciągnęła resztę lemoniady i nalała dużą szklankę, dosypała kilka kostek lodu i usiadła przy oknie. Ten dzień był wyjątkowo emocjonujący i kiedy zabrakło płynu w szkle, odstawiła go do zlewu i poszła spać. Tej nocy jej sny miały wyjątkowo erotyczny charakter.

       Kiedy następnego dnia kończyła analizę spektroskopową badanego związku, zadzwonił telefon. Zdjęła lateksowe rękawiczki i wyciągnęła aparat z kieszeni fartucha. W ekranu uśmiechała się do niej Agata. Wyszła z pracowni i odebrała połączenie:

– No dzień dobry, kochana, jak Barcelona? – spytała siadając na drewnianej ławce. – Pogoda dopisuje?
– Iga. – Jej przyjaciółka łkała i z trudem wypowiadała słowa. – Mieliśmy wypadek, jesteśmy... w szpitalu... w Cieszynie. Rafała operują.
– Uspokój się, zaraz wsiadam w samochód i przyjeżdżam do ciebie – odpowiedziała Iga, w głowie już ustalając plan działania. – Za trzy godziny powinnam już tam być. Trzymaj się.

     Wsunęła telefon do kieszeni dżinsów i po zamknięciu pracowni ruszyła do swojego pokoju. Fartuch odwiesiła na wieszak i wyłączyła komputer. Już miała wychodzić, gdy uświadomiła sobie, że jej samochód nadal jej w warsztacie. Wpadła w panikę. I wtedy na jej drodze znów stanął Szymon.

– Szymon?! – mówiąc to odstawiła torbę na krzesło i spojrzała na mężczyznę. – Pomożesz mi? Muszę jechać do Cieszyna, a nie mam samochodu, bo został w warsztacie. Pożyczysz mi swój?
Dawidowicz podszedł bliżej i położył dłonie na jej barkach.
– Coś się stało? – spytał. – Siadaj na krześle, pójdę do Antka i poproszę go, aby zajrzał do moich preparatów, a następnie pojedziemy gdziekolwiek chcesz, dobrze?
– Dziękuję.– Dziewczyna usiadła spokojnie na krześle i zerknęła ponownie na niego. – Dziękuję.

   Piętnaście minut później jechali już w kierunku Cieszyna. Iga niepewnie wpatrywała się w zmieniające się krajobrazy za oknem.
– Co się stało, Iga? – ponowił pytanie Szymon, gdy zatrzymali się przed sygnalizacją świetlną.
– Moja koleżanka Agata miała wypadek samochodowy, wracała z urlopu ze swoim facetem – tłumaczyła dziewczyna, patrząc w kierunku rozmówcy. – Jest mi bardzo bliska, dlatego chcę być przy niej w tak trudnych momentach.
– Rozumiem, dobrze mieć kogoś takiego – mężczyzna wrzucił odpowiedni bieg i spokojnie ruszył do przodu. –Na pewno nic się złego nie stało i zabierzemy Agatę i jej faceta do domu.

      Po dwóch godzinach dojechali do szpitala w Cieszynie. Szybko odnaleźli blok operacyjny, przed którym siedziała zaopatrzona w kołnierz ortopedyczny i kroplówkę Agata.

– Aguś! – Iga podbiegła do przyjaciółki i mocno ją objęła. – Co się stało?
– Jakiś wariat wjechał w nas na autostradzie, Rafał uderzył w barierkę – Zawadzka nakryła twarz dłońmi i zaczęła głośno płakać. – Wołałam do niego, ale nie reagował. Boże, Iga !
– Spokojnie, jeżeli go operują, to znaczy, że żyje.
Gdy ją tak uspokajała, do przyjaciółek podszedł Szymon.
– Agata, ja wiem, że to nie najlepszy moment, ale poznaj Szymona. To nasz nowy kolega.
– Szymon Dawidowicz. – Mężczyzna podał zapłakanej blondynce dłoń. – Dużo dobrego o tobie słyszałem.
– Agata Zawadzka. – Dziewczyna podniosła się i delikatnie uśmiechnęła. – Kolega?

    W tym momencie drzwi bloku operacyjnego rozsunęły się i na korytarz wyszedł lekarz. Minę miał ponurą i smętną. Agata odwróciła się do niego i stanęła jak wryta.

– Pani Agato, mimo naszych najszczerszych chęci nic nie mogliśmy zrobić – powiedział.
Po tych słowach Szymon przybliżył się do Agaty, widząc, że ta stoi niepewnie.
– Pani mąż nie żyje – ciągnął lekarz. – Uraz głowy okazał się fatalny w skutkach, doszło do śmierci pnia mózgu.

    Dziewczyna spojrzała z niedowierzaniem na chirurga i nagle zrobiło jej się ciemno przed oczami. Tylko refleks Szymona pozwolił na uniknięcie upadku.
– Siostro, proszę zabrać pacjentkę na jej salę – zawołał lekarz młodziutką pielęgniarkę z wózkiem. – Podamy diazepam i pobierzemy krew na hematokryt.
– Dobrze, panie doktorze – odpowiedziała.
Szymon położył omdlałą dziewczynę do wózka i spojrzał na Igę:
– Coś jeszcze?

     Następnie lekarze odtransportowali nieprzytomną Agatę na oddział, a Iga usiadła zrezygnowana na krześle. Szymon po chwili dosiadł się do niej i objął przyjacielsko ramieniem.

– Poradzi sobie. Ma ciebie i to najważniejsze – szepnął, gdy dziewczyna położyła głowę na jego ramieniu. – To dla niej będzie trudne, ale poradzi sobie. Ty jej pomożesz.

Dwie godziny później Iga siedziała przy łóżku przyjaciółki. Szymon oddalił się do bufetu, nie chcąc zakłócać swoją obecnością tej intymnej chwili.

Gdzieś około dziewiętnastej w bufecie pojawiła się Iga.
– Szymon? Agata dostała wypis, możemy jechać.
– Jasne – mówiąc to mężczyzna wyrzucił do kosza jednorazowy kubek po kawie. – Jak ona się trzyma?
– Jest załamana, ale na szczęście jej życiu nic nie zagraża.
Przystanęła i złożyła delikatny pocałunek na policzku towarzysza.
– Dziękuję ci – powiedziała.

       Następnego ranka Iga wychodziła do pracy z duszą na ramieniu. Bardzo martwiła się o przyjaciółkę, lecz musiała stawić się na wydziale. Naszykowała Agacie lekarstwa i śniadanie, lecz ta nawet nie zwróciła uwagi. W pracy cały czas myślami była z nią. Czekała także na przyjazd jej matki, mieszkającej na co dzień na Mazurach, która obiecała przyjechać. Około południa kobieta pojawiła się w budynku instytutu.

– Dzień dobry, pani Igo – przywitała się, gdy Iga wyszła z pokoju. – Przepraszam, że dopiero teraz.
– Nic się nie stało, pani Gosiu. Agata jest w mieszkaniu, śpi – mówiąc to wyciągnęła z fartucha klucze do drzwi, by jej wręczyć. – Niech pani do niej pojedzie. Ja za dwie, trzy godziny wrócę do domu.
– W porządku. Dziękuję, że pani do mnie zadzwoniła. – Przytuliła koleżankę córki. – Pójdę już.

      Po pracy Iga wcale nie miała ochoty wracać do domu. Długo spacerowała po mieście rozmyślając o dramacie, jaki przeżywała jej Agata. Nie tylko to wytrącało ją z w równowagi. Zbliżał się kolejny termin wizyty w poradni chorób genetycznych, co było dla niej zawsze szczególnie trudnym przeżyciem. Zarówno jej matka, jak i babcia umarły z powodu raka piersi, a ona – jak się okazało – miała dodatni wynik badania na mutację genową BRCA1.
 
   Od pogrzebu Rafała minęło już kilka dni. Agata była w dalszym ciągu na silnych lekach przeciwlękowych. Tamtego dnia, kiedy Iga szła na spotkanie z genetykiem i ginekologiem, padał deszcz. Miała na sobie granatowe dżinsy, białą koszulę i czerwoną marynarkę. W dłoniach trzymała czarną skórzaną torebkę. Kiedy weszła do przychodni, poczuła przejmujący chłód. Szary, zimny wystrój budynku nie poprawiał nastroju. Wyciągnęła z portfela dokumenty i podeszła do rejestracji. Uśmiechnięta młoda kobieta szybko podała jej kartotekę i wskazała gabinet, w którym na Zakrzewską czekał już doktor Janusz Kwaśniewski.

       Weszła do środka. Na czarnym krześle siedział znany jej starszy mężczyzna w białym kitlu.

– Witam, pani Igo – przywitał się. – Jak się pani czuje?
– Dobrze, żadnych niepokojących dolegliwości – rzekła dziewczyna i usiadła naprzeciwko lekarza. – Panie doktorze, czy są już ponowne wyniki badania mutacji?
– Czekamy jeszcze na genetyka, on panią powiadomi o wszystkim – mówiąc to doktor odłożył trzymany w dłoniach długopis i wskazał pacjentce fotel. – Zapraszam na badanie.
Zdjęła zbędne odzienie i zdenerwowana położyła się na fotelu. Słyszała, jak lekarz myje dłonie i zakłada rękawiczki. Przełknęła ślinę i starała odsunąć złe myśli, gdy rozpoczął badanie. Po kilku minutach ciszy ktoś zapukał do drzwi i spytał:
– Janusz, jesteś?
Wkrótce w gabinecie pojawił się młody mężczyzna w białej koszuli z krawatem w paski.
– Pani Iga?
– Marcin, zaraz skończymy. – Kwaśniewski tylko się uśmiechnął. – Kończymy.

     Kilka chwil później Iga siedziała już na swoim miejscu. Młodo wyglądający lekarz Marcin Sienkiewicz otworzył szarą kopertę i zaczął mówić:
– Pani Igo, jak pani wie, powtórzyliśmy badania genetyczne i otrzymaliśmy dodatni wynik mutacji BRCA1 i ujemny wynik BRCA2. – Przerwał i spojrzał z niepokojem na pacjentkę. – Ze względu także na wywiad rodzinny, czyli to, że pani matka zachorowała na raka w wieku dwudziestu czterech lat, chciałbym pani zaproponować pewien schemat działania.

– Słucham uważnie, panie doktorze. – Iga wyciągnęła z torebki notes i długopis. – Proszę nie owijać w bawełnę.
– Raz na pół roku wizyta u lekarza i badania piersi plus rezonans magnetyczny do ukończenia przez panią trzydziestego roku życia, oprócz tego comiesięczna samokontrola piersi. – Spojrzał na zdenerwowaną dziewczynę. – A za kilkanaście lat operacja usunięcia piersi i jajników. Oczywiście, jak urodzi pani dzieci.

      Rozmawiali jeszcze długo o wszystkich za i przeciw. W końcu Iga wyszła z gabinetu załamana. W niewielkim sklepie niedaleko kupiła butelkę wina i ruszyła w kierunku swojego mieszkania. Kiedy szła korytarzem, poczuła nieodpartą chęć wygadania się komuś, lecz nie chciała wylewać swoich problemów przed Agatą, która przeżywała żałobę po narzeczonym. Początkowo planowała zadzwonić do Majki. Lecz znów pojawił się Szymon.

– Iga, co się stało? – spytał widząc jej przekrwione oczy. – Iga?
– Napijesz się ze mną, Szymon? – spytała i wyciągnęła z torebki butelkę wina.
– Wejdź. – Zaprosił ją do swojego mieszkania – Iga, co się stało?
– Przytul mnie. – Zrzuciła z siebie marynarkę. – Zrób to i nie pytaj o nic.

     Stali tak wtuleni w siebie przez kilka chwil. Szymon był zaskoczony reakcją Igi – od początku znajomości sądził, że jest twardą kobietą. Po chwili uścisk zelżał. Dziewczyna otarła łzy, poprawiła opadające na twarz włosy i odsunęła się.

– Przepraszam, miałam paskudny dzień – rzekła, gdy już się pozbierała. – Napijemy się tego wina?
Przyniósł z kuchni dwa kieliszki i korkociąg. Usiadła na sofie i rozejrzała się dookoła. Na podłodze stały liczne kartony, a na ścianie wisiały dwie fotografie – jeden przedstawiał uśmiechniętą młodą blondynkę, a drugi jakąś starszą kobietę. Dawidowicz usiadł obok koleżanki.
– Wystraszyłem się, jak zobaczyłem cię w takim stanie, Iga.

     Nie wiedziała, co ją pchnęło do tego kroku. Kiedy tylko odwrócił się do niej, skradła mu pocałunek… i to nie jeden. Po chwili to on składał pocałunki na jej szyi. Emocje połączone z odrobiną czerwonego wina rozbujały erotyczne napięcie między tą dwójką. Wkrótce w mieszkaniu było słychać tylko ciche jęki miłosnego uniesienia.

     Kiedy dziewczyna obudziła się w środku nocy, była zdezorientowana. Zerknęła kątem oka na wiszący na ścianie zegarek i ostrożnie wyswobodziła z ramion Szymona. Korzystając ze światła sączącego się z niewielkiej lampki zebrała swoje rzeczy i po cichu wyszła z mieszkania. W jej lokalu czekała już Agata. Siedziała w salonie przy włączonym telewizorze.

– Ty wiesz, która jest godzina? – spytała. – Martwiłam się, nie odbierałaś telefonów. Idziemy jutro do fryzjera.
– Musiałam pobyć sama – odpowiedziała Zakrzewska i odłożyła torebkę na szafkę. – Co ty z tymi włosami?
– Twoje włosy po seksie nie wyglądają najlepiej. – Agata uśmiechnęła się chyba pierwszy raz od wypadku. – Czy nasz nowy sąsiad jest dobry w te klocki?

      Sobota była leniwa. Po seksie z Szymonem Iga miała ochotę zapaść się pod ziemię, więc kiedy ten przyniósł jej zapomniane rzeczy, odmówiła spotkania z nim. Agata odebrała przesyłkę i z ledwo hamowanym śmiechem wróciła do przyjaciółki.
– Aż tak źle było? – spytała odkładając koszulę na krzesło. – Iga? Co było nie tak?
– Chyba tylko przyczyna tego incydentu. – Zakrzewska podniosła się z łóżka i wyciągnęła z torebki blister z tabletkami. – Byłam trochę zdołowana po wizycie u ginekologa i zbyt pijana by rozsądnie myśleć.

– Rozumiem. – Blondynka usiadła na łóżku obok przyjaciółki. – Seks pijacki również jest dobry.

– Jasne, ale wstyd.

      Kiedy nastał poniedziałek, dzień odprawy zakładowej, Iga miała mieszane uczucia. Z jednej strony oboje byli dorosłymi ludźmi, lecz z drugiej czuła wstyd z powodu okoliczności tego zbliżenia.
Szymon od razu wyczuł jej dystans. Usiadła w drugim końcu sali i zaraz po odprawie zniknęła w pracowni. Kiedy skupiała się na pracy, nie myślała o wydarzeniach poprzedniego weekendu.
Znalazł jednak sposób, by nakłonić ją do rozmowy. Kiedy weszła do magazynku po potrzebne odczynniki, zamknął od wewnątrz drzwi i stanął przy nich.

– Iga, porozmawiajmy – rzekł spokojnym głosem. – Jeżeli cię uraziłem albo coś powiedziałem…

– Szymon, byłam pijana i zdenerwowana, potrzebowałam pocieszenia – mówiąc to odstawiła szklane naczynko na blat roboczy. – Stało się, po prostu. Było cudownie, ale więcej to się nie wydarzy.

– Nawet jak cię upiję? – spytał z błyskiem w oku. – Iga, jesteśmy dorośli, możemy uprawiać seks, chodzić na randki, do kina, na spacery.

– Chłopaku, ja żyję z wyrokiem. Po co wiązać się z kobietą, która w każdej chwili może zachorować na raka? – Odwróciła się na chwilę, by otrzeć łzy – Jesteś fajnym facetem, więc bez problemu znajdziesz sobie zdrową kobietę, która urodzi ci dzieci.

– Ale ja chcę ciebie – odrzekł i podszedł do niej, by ją objąć. – Nie mówmy sobie „nie”…

       Odetchnął z ulgą, gdy uśmiechnęła się i rozluźniła. Poprawił jej włosy, pocałował w czoło i po chwili otworzył drzwi. Poprawił jeszcze swój fartuch i wziął z półki rzeczy.
– Miłej dalszej pracy – rzekł. – Trzymaj się.


0

piątek, 25 listopada 2016

[ 5 mil do szczęścia] Niby nowe, a jednak stare...

Witam Was kochani w piątkowe popołudnie. Jaka u Was pogoda ? U mnie niestety szaro, buro i byle jak.

Dzisiaj znowu zmiana planów, postanowiłam Wam pokazać to od czego zaczęło się moje pisanie.


Pięć mil do szczęścia miało być nawet już wydane, ale w ostatniej chwili wycofałam się, nie czując się gotowa na tą historię. Wam jednak pokaże nieduży fragment.

****

     Życie toczy się szybko. Każdego dnia budzimy się, pijemy kawę lub herbatę, zagryzamy tosty lub dłubiemy w jajecznicy, słuchając wiadomości przekazywanych przez uśmiechniętą i zadowoloną z ży-cia prezenterkę. Wchodzimy pod prysznic, następnie przed lustrem nakładamy podkład i kolorową maskę. Mgiełka delikatnych perfum dopełnia całości. Potem jeszcze zakładamy obcisłe uniformy i wysokie szpilki. Do skórkowej torebki chowamy dokumenty, najczęściej także telefony i tablety.
Wychodząc z domu zamykamy drzwi, zaciągamy rolety i gasimy światło. Udając się do miejsca pracy spotykamy setki ludzi – takich samych jak my, różniących się tylko cechami zewnętrznymi, takimi jak kolor włosów czy oczu.

     Przy wejściu do zakładu pracy odbijamy karty pracownicze, wpisujemy się do księgi wejść
i przypinając identyfikator ruszamy w labirynt korytarzy i przejść. Bez zbędnych gestów kierujemy się do swojego pokoju – wyjałowionego z wszelkiej intymności boksu, w którym nie ma miejsca na indywidualność. Wchodząc do niego odwieszamy kurtki na zimne metalowe wieszaki, które są przykręcone do białych, gładkich ścian. Torebki kładziemy na krzesła, wyciągamy z nich wszystkie
elektroniczne gadżety, logując się jednocześnie do systemu. Następnie odkładamy teczki do szaf, a sami ruszamy do swoich zajęć – tak różnorodnych, że aż interesujących.

     Jesteśmy tylko nic nieznaczącymi punktami w barwnym morzu studenckiej gawiedzi, pełnym niezmąconych niczym osobowości, wchodzących dopiero w uczelniany kierat. I tak od poniedziałku do
piątku – a właściwie czwartku, gdyż piąty dzień tygodnia bywa zwykle luźniejszy od pozostałych.

     Zegar wiszący nad drzwiami pokoju wskazał godzinę punkt szesnastą. Iga Zakrzewska zamknęła laptopa, wyciągnęła z szafki teczkę i schowała go do środka. Biały fartuch odwiesiła na wieszak, identyfikator przepięła na pasek od ciemnych dżinsów, wzięła w dłoń torebkę i po zgaszeniu światła w całym pomieszczeniu wyszła na korytarz. Klasyczne czółenka w kolorze nude idealnie pasowały do jej dżinsów. Odstawiła torbę z laptopem pod ścianę, wyciągnęła z kieszeni klucze i po chwili można
było usłyszeć charakterystyczny szczęk zamka. Wysoka szatynka rozejrzała się jeszcze po korytarzu, chwyciła teczkę w dłoń i ruszyła na dół po schodach. Przy drzwiach wyjściowych, jak
zwykle o tej porze, znajdowała się spora grupa młodszych i starszych asystentów. Każdy z nich odbijał właśnie kartę, zdawał klucze, po czym kierował się w stronę nowoczesnych drzwi, by
wrócić do normalnego świata.

Stanęła na schodach i poczuła uderzenie ciepła. Był początek czerwca, słoneczne dni zaczęły się wcześnie, bo już w połowie maja. Odpięła identyfikator i wrzuciła go niedbale do torebki.

Zeszła na chodnik i czekała na swoją współlokatorkę.

– Iga, przepraszam za spóźnienie! – Blondwłosa Agata Zawadzka w sukience za kolano w pudrowym kolorze zbiegła po schodach, uważając na wysokie szpilki.  – Idziemy na piwo? – spytała.

– Jestem zmęczona. – Iga spojrzała z niechęcią na tłumy ludzi, którzy kierowali się w kierunku pubu. – Chodźmy do domu, mam dobre, schłodzone czerwone słodkie wino.


Czekając na odpowiedź koleżanki obserwowała typowy widok – jak wychodzący z budynku mężczyźni pozbywają się krawatów, a kobiety rozpuszczają regulaminowo upięte włosy.

     Iga i Agata poznały się już kilka lat temu – podczas rekrutacji na pierwszy rok studiów pierwszego stopnia na Wydziale Chemii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Obydwie wysokie, ładnie ubrane,
uśmiechnięte. Tak podobne do siebie, a jednak zupełnie różne – jedna pewna siebie, marząca o księciu z bajki, a druga twardo stąpająca po ziemi, zdeklarowana singielka. Były dla siebie jednak jak yin-yang. Dostały jeden pokój w akademiku, a następnie wspólne mieszkanie asystenckie.
Żyły razem, wspierając się na co dzień, motywując do intensywnej nauki podczas sesji egzamina-
cyjnych, konsultując wzajemnie prace dyplomowe.

– Dobra, na czerwone schłodzone mogę się zgodzić. – Zawadzka wyciągnęła z torebki czarne okulary i zakładając je rzekła do przyjaciółki – Ale wstąpmy jeszcze do sklepu, mam ochotę na truskawki z bitą śmietaną.

– Tak, teraz truskawki z bitą śmietaną, a potem będziesz marudzić, że ci w boczki poszło.

Iga uśmiechnęła się do Agaty i razem ruszyły w kierunku pobliskiego sklepu. Kilka chwil stały przy kasie, gdzie wiecznie niezadowolona z życia pani sprzedawczyni nieumiejętnie szukała kodu kreskowego, próbując najpierw wmówić przyjaciółkom, że produktu nie ma w systemie, by następnie jakimś cudem go wprowadzić.

– Mówiłam ci, że ta baba się do mnie uprzedziła – rzuciła Agata, gdy wyszły już ze sklepu. – Ona tak zawsze: jak nie kod kreskowy, to terminal nieczynny.

– Masz mylne wrażenie – próbowała ją uspokoić Iga. – Agata, opanuj się!


Dotarły do hotelu studenckiego, gdzie na ostatnim piętrze zlokalizowane były mieszkania asystenckie. Po krótkim prysznicu zasiadły w niewielkim salonie. Rozpuszczone kasztanowe loki Igi delikatnie opadały na jej twarz. Piaskowe szorty i granatowa bokserka mogły być strojem idealnym zarówno do noszenia po domu, jak i na słoneczne popołudnie na plaży.

– Przecież to, co się dzieje teraz w instytucie, to jakiś dramat. – Zawadzka rozsiadła się wygodnie na sofie w salonie. – Te obostrzenia, traktowanie nas jak króliki doświadczalne. A ta klauzula o niezawieraniu związków pomiędzy pracownikami różnych szczebli?

Agata była wyraźnie wzburzona tym wszystkim. Wzięła z miseczki truskawkę i po zamoczeniu jej w bitej śmietanie zamilkła.

– Agata, to nie tak. – Iga usiadła po turecku i odetchnęła głęboko, jakby dla nabrania odwagi. – Pamiętasz tego faceta z analizy instrumentalnej?

– No, to było ciacho. – Uśmiechnęła się i spojrzała na nią:

– Co z nim?

– Żona go zdradziła ze studentem.

Agata z niedowierzaniem otworzyła usta.

– Piąty rok, taki Arek – ciągnęła Iga. – Pomagała mu przy pracy dyplomowej no i...

– I co?? – Blondynka była bardzo ciekawa. – Opowiadaj.

– Bzyk-bzyk. Zaszła w ciąże, urodziła syna, jak się okazało się, tego studenta. – Zakrzewska upiła wody ze stojącej na stole szklanki i mówiła dalej: – Rozstali się, on wyjechał, student po obronie zniknął.

– Rozumiem. – Agata odłożyła miseczkę i spojrzała ponownie na przyjaciółkę: – Myślisz, że to był powód wprowadzenia tej klauzuli??

– Nie jestem pewna, ale za to wiem, że skończył nam się proszek do prania. – Iga zerknęła na listę zakupów, która leżała od poprzedniego wieczoru na stole w salonie. – Skoczę do tego mar-
ketu niedaleko.

– A ja upiekę tartę – mówiąc to Agata podniosła się z sofy i ruszyła do kuchni. – Skąd ty masz takie wiadomości?

      Wyszła z budynku mijając się z powracającymi z uczelni studentami. Większość z nich miała przy sobie podręczniki potrzebne do zaliczenia sesji egzaminacyjnej. Założyła na nos ciemne okulary i ruszyła w kierunku niewielkiego dyskontu. Jak zwykle o tej porze, w sklepie nie było wielu ludzi. Wzięła wózek, włożyła do niego torebkę, a okulary przełożyła przez koszulkę.

     Spacerowała między regałami wybierając potrzebne produkty, wkładając do koszyka opakowanie kawy Jacobs, dwie kostki masła czy kartonik śmietanki trzydziestki. Utknęła jednak na
jednej z alejek. Próbowała uparcie zdjąć z górnej półki słoiczek ulubionych przetworów, ale mimo swojego wzrostu nie mogła po nie sięgnąć. Zrezygnowana miała oddalić się w kierunku kolejnej
pozycji z listy, gdy usłyszała za sobą przyjemny, męski głos

– Truskawkowe czy malinowe? – odwróciła się i ujrzała wysokiego szatyna, który trzymał w dłoniach dwa słoiczki konfitur. – Nigdy nie zrozumiem tych kierowników, którzy nie myślą
o innych.

– Zdarza się – mówiąc to Iga podeszła do mężczyzny i wzięła jeden ze słoiczków. – Dziękuję bardzo za pomoc.

– Szymon. – Szatyn odłożył konfitury malinowe z powrotem na regał i podał dziewczynie dłoń. – Szymon Dawidowicz.

– Iga Zakrzewska. – Włożyła słoiczek do wózka i odwzajemniła gest nieznajomego. – Pan tutejszy?

Spojrzała na mężczyznę, podziwiając jego doskonale skrojony garnitur, czyste buty i błękitną koszulę, które dodawały mu elegancji.

– Nie, przyjechałem z Wrocławia na rozmowę w sprawie pracy. – Szymon wziął z sąsiedniej półki niewielką butelkę wody mineralnej. – Wstąpiłem po coś do picia, bo przede mną kawałek
drogi do domu.

– No niestety, ale na szczęście teraz latem długo jest jasno.

– Iga chwyciła w dłonie wózek. – Jeszcze raz dziękuje za pomoc, ale będę już szła do kasy...

– Chyba do zobaczenia – rzucił Dawidowicz obserwując oddalającą się Zakrzewską. – Do zobaczenia.

      Wyszła z dyskontu i od razu skierowała się do hotelu. Ze skrzynki wyciągnęła listy i wjechała na ostatnie piętro. Otworzyła drzwi i od razu poczuła zapach świeżo wyciągniętej z piekarnika tarty. Odstawiła zakupy na stół w kuchni i ruszyła w poszukiwaniu Agaty.

– Agata!? – zajrzała w pierwszej kolejności do pokoju koleżanki, lecz tam jej nie było – Agata?!

– W łazience. – To właśnie stamtąd dobiegł głos roześmianej blondynki. – Nie przestrasz się, jestem zielona od glinki.

– Spokojnie, wyjdź. – Zakrzewska stanęła przy stole w kuchni i otworzyła jeden z odebranych tego dnia listów. – Dostałyśmy zaproszenie na badania profilaktyczne w ramach akcji Kobieta
Świadoma – Badam się. Wiesz, cytologia, badanie piersi. Idziemy?

– Jasne, a kiedy to? – Z łazienki wyszła zielona niczym Shrek Agata. – Ostatnio cytologię robiłam dwa lata temu, to trzeba skorzystać.

– Jutro, od dziesiątej. – Iga odłożyła różowy świstek i wróciła do rozpakowywania zakupów. – A potem shopping?

– Jasne...

Następnie Iga wzięła szybki prysznic i zniknęła w swoim pokoju. Włosy upięła wysoko, nastawiła w telefonie budzik i ułożyła się na łóżku, wpatrując się w zdjęcie roześmianej szatynki.


       Kolejny dzień nastał szybko, równie słoneczny co poprzedni. Agatę obudził zapach świeżo zaparzonej kawy. Przetarła oczy i ze zdumieniem ujrzała, że zegarek wskazuje siódmą trzydzieści. Podniosła się z łóżka, założyła na nogi japonki, włosy upięła w mały koczek i dotarła do kuchni. Tam przy stole siedziała oporządzona już Iga.

– Dzień dobry, jak się spało? – spytała nalewając do kubka kawy. – Tosta? Tarty?

– Kawy!! – Agata usiadła szybko na wolnym krześle i zatopiła usta w parującym naparze. – O której ty, mój pracoholiku, wstałaś?

– Kilka minut przed siódmą. – W odpowiedzi Iga uśmiechnęła się i wyciągnęła z tostera jeszcze ciepłe kromki. – Przez tyle lat wstawania mój zegar biologiczny już zdążył się ustawić.

       Po śniadaniu Iga zajęła się sprzątaniem kuchni i składaniem prania. W tym czasie Agata wzięła prysznic, upięła włosy i umalowała się. Punktualnie o dziewiątej trzydzieści obie dziewczyny
ruszyły w kierunku centrum diagnostycznego.

– Pani Iga Zakrzewska, zapraszam. – Krągła pielęgniarka wywołała Igę do gabinetu lekarskiego. – Nie denerwuj się, dziewczyno, to tylko profilaktyka.

Zakrzewska weszła do gabinetu, usiadła na wskazanym przez pielęgniarkę krześle i rozpoczęła wypełnianie typowej ankiety.

Kilka chwil później leżała już na fotelu ginekologicznym, modląc się o pomyślny wynik. Dwadzieścia minut później wyszła z gabinetu. Agata już na
nią czekała. Obie pospiesznie wyszły z budynku i ruszyły na autobus, który miał je zawieźć do Galerii Krakowskiej.

    Myślami Iga cały czas była przy badaniach – to właśnie rak piersi zabił jej matkę. Gdzieś w budynku mignęła jej przed oczami znajoma twarz, lecz od rozmyślań oderwała ją dopiero Agata,
która zaciągnęła ją do Pizza Hut. Tam przyjaciółki zamówiły dużą i ostrą pizzę z ogromną ilością sera, do tego dzbanek pepsi. Siedziały jeszcze długo, rozmawiając o wszystkim, między innymi
o planach wakacyjnych Igi, która z niecierpliwością czekała na pierwsze dni lipca, by wyjechać do Włoch, gdzie od lat jej dziadkowie mieli niewielki domek tuż przy plaży.

– Masz już wszystko na wyjazd? – spytała ją Agata, dopijając gazowany napój. – Jak ja ci zazdroszczę. Morze, plaża, kolorowe drinki.

– To jedź ze mną. – Iga odłożyła kawałek pizzy na brązowy talerz i usiadła wygodnie. – Maja na pewno nie będzie zła.

– Ale ja już jadę z Rafałem do Hiszpanii. – Jej koleżanka niechętnie mówiła o swoim dotychczasowym partnerze. – Wiesz, on mieszka w Szczecinie na co dzień, to chociaż jego urlop
spędzimy razem.

– Ale w sierpniu, prawda? – namawiała Iga. – A lipiec to piękna pogoda we Włoszech.

– Przemyślę to, obiecuję. Dam ci znać do końca przyszłego tygodnia.

     Po posiłku przyjaciółki wybrały się na zakupy. Agata wygrzebała bardzo seksowne bikini, które więcej odsłaniało niż zakrywało, a do tego króciutkie, dżinsowe spodenki i kilka równie
skąpych topów na cieniutkich ramiączkach. Jej przyjaciółka zdecydowała się na białe szorty, czerwoną bluzkę z dekoltem typu woda oraz parę granatowych japonek. Oprócz tego nowe oku-
lary przeciwsłoneczne, trochę kosmetyków i granatową torbę.

– To co, Majka przyjeżdża po ciebie tutaj? – spytała Agata, gdywracały już do hotelu. – Czy spotykacie się w Warszawie?

– Przyjedzie, bo będzie składała dokumenty na rezydenturę tutaj w szpitalu. – Iga uśmiechnęła się do przyjaciółki i poprawiła okulary. – Przenocuje u nas jedną noc, a potem z samego rana
wyjeżdżamy.

– Zgoda, pojadę z wami! Majka nie będzie zła?

W reakcji Zakrzewska aż uściskała przyjaciółkę.

     W końcówce czerwca w hotelu studenckim pojawiła się Maja – właściwie ciotka Igi, ale traktowana przez nią jak siostra, jako że dzielił je tylko rok różnicy i dziewczyny były sobie bardzo bliskie. Pierwszego dnia lipca cała trójka wsiadły do granatowego Peugeota 2008 i ruszyły w kierunku włoskiego miasta, Bibione.
 
     Późnym wieczorem pojechały na miejsce. Maja po męczącej podróży zasnęła od razu, a Iga i Agata wybrały się jeszcze na spa cer po plaży. Delikatny lipcowy wiatr wzmagał fale. Było im tak
cudownie. Dziewczyny usiadły na ciepłym piasku i wpatrywały
się w morze.

– Dziękuję, że mnie namówiłaś – powiedziała Agata. – Wiesz, Rafał miał trochę obiekcji w temacie tego wyjazdu.

– Faceci zawsze mają wiele do powiedzenia w temacie, który ich w ogóle ich nie dotyczy. – Iga uśmiechnęła się do przyjaciółki. – Teraz, tutaj nie ma tematu Rafała, Antka, Dominika czy
Michała.

      Następnego poranka Agata wyciągnęła przyjaciółkę na po- ranny jogging brzegiem morza. Obie ubrane w dresy z uśmiechem biegały po letnim jeszcze piasku. Iga była w tym miejscu
po raz pierwszy w życiu i już się w nim zakochała. Kiedy wróciły, Maja siedziała na tarasie i popijała kawę. Ubrana w przewiewną sukienkę z charakterystycznym dla siebie uśmiechem rozmawiała z kimś przez Skype. Momentalnie przerwała, gdy tylko na horyzoncie pojawiły się jej towarzyszki.


– Dzień dobry, jak się spało? – Iga wyciągnęła z szarej papierowej torby świeże pieczywo, które kupiła w piekarni niedaleko plaży. – Piękna pogoda.

– Tak, bardzo – przytaknęła Maja, wzięła z talerzyka słodką bułkę i dolała do kubka kawy. – Iga, jak się przebierzesz, to pojedziemy do tego marketu za miastem. Mamy pustki w lodówce.

– Spokojnie, mamy dzisiaj cały dzień. – Zakrzewska uśmiechnęła się do siostry i usiadła na wolnym krześle. – Boże, jak tu cudnie.

Po zakupach dziewczyny przygotowały sobie lekki obiad w postaci sałaty lodowej z pomidorami suszonymi, mozzarellą i owocami morza. Siedziały na tarasie i zajadając się tymi smakołykami rozmyślały o wszystkim, co zostawiły w Polsce. Iga miała jedną rzecz w głowie – od momentu przyjazdu jej myślami zawładnął on.
6

czwartek, 24 listopada 2016

[CZWARTEK] Dzień muzyczny nr 2

Witam Was kochani !

Dzisiaj czwartek - według rozpiski - dzień muzyczny, więc przybywam do was z kolejnymi utworami, które mnie w ciągu ostatniego tygodnia zauroczyły :)


Z dobrych wieści na dziś to przede wszystkim fakt, że choroba odpuściła na dobre, mam jeszcze tylko resztkowy kaszel.

Nie przedłużając - zapraszam do słuchania i komentowania :)




1

środa, 23 listopada 2016

[ŚRODOWO] Czyli jak plany mijają się z rzeczywistością...

Witam Was kochani !

Wiem, obiecałam dni tematyczne na blogu, ale jak to bywa życie zweryfikowało moje plany.

Weekendowa choroba z poprzedniego postu ciągnie się do dnia dzisiejszego, lecz widzę powoli, że katar i kaszel, które najbardziej przeszkadzały mi w nocy - a wtedy najlepiej mi się tworzy- są już na straconej pozycji :)


Poza tym poświęcam prawie cały wolny czas na ostatnie poprawki Lawendowych Nut, które są teraz na pierwszym miejscu.

W poniedziałek miałam takiego doła, że myślałam o tym, by rzucić wszystko w cholerę, wykasować bloga, stronę, Lawendowe Nuty. Czasem tak mam, zwłaszcza jak coś nie idzie według z góry ustalonego planu. Byłam naprawdę blisko kliknięcia DELETE.

Na szczęście jak szybko naszły mnie takie myśli, tak szybko one odeszły. Zresztą w poniedziałek zrobiłam sobie prezent świąteczny :) O tym za jakiś czas - a raczej w 2017 roku :)

Tak więc podsumowując :

W tym tygodniu dni się odrobinę pomieszają - w czwatek - dzień muzyczny
w piątek - dzień z fotografiami z tygodnia i dwie recenzje
w sobotę - kolejna recenzja i przepis na bułeczki cynamonowe
w niedzielę - nowe opowiadanie.

Pozdrawiam Was cieplutko.




0

niedziela, 20 listopada 2016

[NIEDZIELNIE] Praca, praca, praca

Dzień dobry kochani !


Jak minął wam weekend ? U mnie niestety chorobowo - już w piątek czułam, że będzie kiepsko, ale z nadzieją, że to tylko fałszywy alarm poszłam jeszcze na fitness. Po powrocie już ledwo dotarłam do łóżka , zakopałam się pod kołdrę i przez całą noc walczyłam.

Dzisiaj już czuję się lepiej, ciężko pracuję, zarówno nad Zatrzymanymi marzeniami , jak i nad Lawendowymi Nutami, które już niedługo w wersji ostatecznej polecą do mojego potencjalnego wydawcy. Mam nadzieję,że wydawnictwo dalej będzie chętne i już na lato 2017 Lawendowe Nuty pojawią się w sprzedaży .

Kochani, trzymajcie za mnie kciuki, by to się wszystko powiodło. Lawendowe Nuty w sprzedaży to moje marzenie - wiem,że jest ono do spełnienia.

Pozdrawiam Was cieplutko,
a na zakończenie jeden z utworów, który mnie totalnie zauroczył.

6

piątek, 18 listopada 2016

[PIĄTEK] Fotograficzny skrót ostatniego okresu..

Witajcie kochani w piątkowe przedpołudnie.

Dzisiaj pierwsza odsłona tygodnia w zdjęciach. Tym razem postanowiłam Wam pokazać coś więcej niż tylko miniony tydzień .

Zapraszam .





Na pierwszy ogień kilka fotografii z Śląskich Targów Książki, które odbyły się blisko dwa miesiące temu.









































3

czwartek, 17 listopada 2016

[ CZWARTEK] Dzień muzyczny nr 1.

Dzień dobry kochani ponownie.

Dzisiaj czwartek, więc  pierwsza odsłona dnia muzycznego przed nami.

Na ten moment przygotowałam 7 utworów, które towarzyszą mi podczas drogi do pracy czy na trening.


Zapraszam do słuchania i komentowania.
P.S Kolejność zupełnie przypadkowa :)

















0

[NOWY PLAN TYGODNIA] Czyli czwartek - dniem muzycznym

Witam Was kochani !

Wczoraj podczas wprowadzania nowego szablonu na bloga, wpadł mi do głowy pomysł, aby w każdym tygodniu były dni tematyczne.

Plan tygodnia będzie mniej więcej taki :

Poniedziałek - Dzień Książkowy - czyli recenzje, booktoury.

Wtorek - Dzień Kulinarny - czyli przepisy, pomysły.

Środa - Dzień Twórczy - czyli będą się pojawiać fragmenty powieści, opowiadania mojego autorstwa.

Czwartek - Dzień Muzyczny - czyli TOP utworów z danego tygodnia.

Piątek - Dzień Fotograficzny - czyli fotograficzny przegląd tygodnia.



Już około południa pierwszy dzień muzyczny ;)

2

środa, 16 listopada 2016

[INFORMACJA] Planowana przerwa techniczna

Kochani !

Wciągu kilku najbliższych dni mogą wystąpić przejściowe, okresowe problemy z blogiem. Związane jest to z planowanymi pracami modernizacyjnymi ;)

Na pełnych obrotach wracamy do Was w poniedziałek.


Pozdrawiam.

Dopisek 16.11.2016 godzina 21.00 - przerwa techniczna szybciej się zakończyła, więc jutro wracam z kolejnym odcinkiem Zatrzymanych Marzeń.
1

wtorek, 15 listopada 2016

[ DWANAŚCIE ODCIENI MIŁOŚCI] Zatrzymane marzenia... - Rozdział I

Witam was kochani po przerwie w cyklu Dwanaście odcieni miłości.
Tym razem historia miłości Gosi i Michała. Ona jest lekarzem, on z zawodu muzykiem, lecz już jakiś czas temu oddał swoje serce w jej ręce.

Prawie nikt nie wie o jego chorobie, lecz to nie jedyna tajemnica z jaką żyją bohaterowie "Zatrzymanych marzeń". Dla otoczenia są zupełnie obcymi sobie ludźmi, tylko oni wiedzą jak jest naprawdę.

Dopisek : 20.11.2016 - doszłam do wniosku,że czegoś tej historii brakuje. Postanowiłam ją odrobinę przerobić. Myślę,że w środę pojawi się całość tego opowiadania.
Za dobre rady chciałam podziękować Ivy Bluszczowa. 



      Był wczesny grudniowy poranek, gdy doktor Małgorzata Swoboda pakowała swoją lekarską torbę do bagażnika czarnego nissana, który stał zaparkowany przed wejściem do pensjonatu w Zakopanem. Mimo niskiej temperatury na zewnątrz, w jej żyłach płynęła gorąca krew - efekt kilku namiętnych dni z mężczyzną, który już dwa lata temu oddał swoje serce w ręce Małgosi.

- Gotowa do drogi ? - w pewnym momencie przy zamyślonej rudowłosej kobiecie pojawił się Michał Cieszyński, mężczyzna z którym Gosia była gotowa spędzić resztę życia. - Szkoda, że musimy już wyjeżdżać.

- Zapnij kurtkę, bo nie mam ochoty znowu cię niańczyć, gdy złapiesz grypę. - lekarka wyciągnęła z kurtki klucze i podała jej brunetowi. - Wsiadajmy, bo mamy kawałek drogi do pokonania.

      Siedziała na miejscu pasażera i obserwowała zmieniający się za oknem krajobraz, gdy zawibrował jej telefon. Wyciągnęła aparat z kieszeni, przyciszyła radio i odebrała połączenie od Ewy -najlepszej przyjaciółki od czasów studiów medycznych.

- Cześć Ewuś i jak tam święta u przyszłych teściów ? - spytała z radością w głosie, jednocześnie gestem palca uciszając Michała, by ten nie zdradził przypadkiem swojej obecności. - Jak się czujesz ? Już jutro ślub.

- Denerwuje się i to bardzo, zwłaszcza że nie wiemy czy Michał da radę przyjechać, ostatnio coś przebąkiwał o mnóstwie pracy. - Ewa miała zmartwiony głos, co potęgowało poczucie kłamstwa w duszy Małgosi. - Wpadniesz dzisiaj pod wieczór ?  Chciałam pogadać, a Robert wychodzi z kolegami do klubu.

- Będę wieczorem, pogadamy sobie od serca - Gosia uśmiechnęła się do współtowarzysza podróży. - Trzymaj się serduszko.


      Lekarka odłożyła telefon do schowka, rozpięła kurtkę i spojrzała na Michała, który nucił sobie utwór - prezent niespodziankę dla młodych na ślub. Był uśmiechnięty i zrelaksowany, jednocześnie skupiony na swoim zadaniu.

- Miałeś genialny pomysł z tym prezentem dla nich - odezwała się po chwili i pogłaskała go dłonią po policzku - Dziękuję za wspaniały prezent świąteczny.

- Teraz już się ode mnie nie uwolnisz - przyznał Michał z błyskiem w oku. - W końcu musimy powiedzieć przyjaciołom, że jesteśmy razem.

-Powiemy, spokojnie - pocałowała go w policzek i wróciła do obserwowania widoków. - Powiemy.


Po powrocie do domu Gosia zabrała się za przygotowanie obiadu, a Michał położył się w salonie. Mimo iż jego serce było w dobrej formie, on sam czuł się nie najlepiej, zwłaszcza zimą.  Zasnął, nie czując nawet jak jego narzeczona przykryła go kocem i obserwowała ze zmartwieniem unoszącą się klatkę piersiową muzyka.

     Nie miała serca go budzić, gdy wychodziła na spotkanie  z Ewą. Zostawiła na stoliku kartkę , fiolkę z lekami , a na kuchence garnek z zupą pomidorową. Przed wyjściem pocałowała go w czoło, założyła ciepłą kurtkę i ruszyła do samochodu.


      Siedziała u Ewy jak na szpilkach, bo przeczuwała, że gorsze samopoczucie Michała to nie chwilowa niedyspozycja tylko skutek choroby, której nabawił się przed laty.

- Co ty taka zamyślona ? - spytała Ewa, podając przyjaciółce kubek z gorącą herbatą. - Jak tobie minęły święta ?

- Przepraszam już wracam - Gosia odstawiła kubek i poprawiła włosy, które opadały na twarz. - Mam trochę problemów, ale nie o tym chciałaś gadać.

- Robert jest rozczarowany,że Michał nie przyjedzie, bo liczył na kumpla. - Markowska usiadła na przeciwko przyjaciółki i ujrzała złote kółeczko na dłoni Gosi. - Ty mi lepiej opowiadaj czy jutro na ślub przyjdziesz z narzeczonym ?

- Narze...czonym... ? - spojrzała na swoją dłoń i  w myślach skarciła się za swoje gapiostwo. - Nie, Norbert niestety jest jutro zajęty.

- Norbert ? - przyszła panna młoda postanowiła drążyć temat. - Nigdy o nim nie mówiłaś....

- Bo nie było o czym, ale oświadczył się, a ja powiedziałam tak - urwała, zanurzając usta w herbacie.- Nie chcę o tym teraz mówić.

      Po powrocie zastała Michała w sypialni. Leżał w piżamie, ze słuchawkami na uszach i spał. Odetchnęła z ulgą, dotykając dłonią chłodnego czoła partnera. Szybko zdjęła dżinsy i tunikę, po czym związała włosy wysoko i wskoczyła do łóżka. Zgasiła lampkę i wtulona w ramiona Michała zasnęła.


     Obudził go męczący kaszel, który co jakiś czas pojawiał się już w Londynie. Podniósł się z łóżka, założył kapcie i półprzytomnie podążył do kuchni, gdzie trzymali jego leki. Wyciągnął z szafki pomarańczowe fiolki, nalał do szklanki wody i usiadł przy stole, z trudem łapiąc oddech.

- Cholerne pigułki - rzucił wściekle, wyciągając dzienną dawkę leków. - I to wszystko dla mojego dobra.


- Misiek, czujesz się gorzej ? - spytała z troską Gosia, wchodząc do kuchni. - Już wczoraj mi się nie podobało to twoje kasłanie, ale dzisiaj.. Myślę, że powinniśmy zrobić prześwietlenie płuc i ekg.

- Zdążymy przed ślubem Ewy i Roberta ? - odezwał się po chwili, z trudem łapiąc oddech. - Goś, proszę cię. Zaśpiewam na ślubie, poskładamy im  życzenia i wtedy jestem do twojej dyspozycji.

- Zgoda, a na razie połóż się jeszcze - pomogła mu wstać z krzesła  i odprowadziła do sypialni. - Odpocznij.


      Obudziła go dwie godziny później, z nadzieją na lepsze samopoczucie po większej dawce leków. Uśmiechnął się nawet widząc jej zmartwione oblicze . Wziął prysznic, ogolił się i oporządził, chowając do kieszeni marynarki dodatkową porcję leków, na wypadek gorszego samopoczucia.


      Ewa i Robert wchodzili do kościoła, gdy rozbrzmiała się z chóru ich piosenka - Ave Marie. Myśleli, że śpiewa to chór kościelny, lecz wystarczył jeden obrót głowy, by zobaczyć ich przyjaciela. Oboje uśmiechnęli i podążyli do ołtarza, gdzie czekał już ksiądz.


     Podszedł do nich w pierwszej kolejności, chcąc złożyć życzenia. Po kilku chwilach odszedł w kierunku Gosi, czując jak obraz przed oczami rozmywa mu i wzrasta tętno. Osunął się na kolana i złapał za "serce" , z trudem oddychając.


-Niech ktoś zadzwoni na pogotowie - rzuciła Gosia, podbiegając do niego. - Oddychaj spokojnie.  Nic się nie dzieje.


      Gdy dotarła do szpitala, Michał był już nieprzytomny i zaintubowany. Wiedziała,że takie pogorszenia w kardiomiopatii zdarzają się, widywała regularnie takie przypadki, ale czuła się źle, widząc go w tam złym stanie. Szybko przebrała się w swój lekarski strój i za zgodą lekarza prowadzącego czuwała przy mężczyźnie.

- Jakie leki bierze ? - spytał anestezjolog, który opiekował się Michałem. - Gosia ?
- Captopril, digoxin i furosemid - lekarka wyciągnęła z torebki fiolki i odstawiła je na blat szafki.- Ostatnie ekg nie wskazywały na pogorszenie stanu zdrowia, choruje od prawie dwóch lat, wtedy zaczęło się od ostrej niewydolności krążenia, ze wstrząsem kardiogennym i obrzękiem płuc. A wszystko to powikłania pogrypowe.


Późnym wieczorem do szpitala dotarli państwo młodzi. Gosia odłożyła dłoń ukochanego i wyszła z oddziału, by spokojnie porozmawiać z przyjaciółmi.

- Jest w ciężkim stanie - odezwała się po chwili milczenia. - Ta noc będzie krytyczna, wszystkiego możemy się spodziewać.. I to wtedy kiedy mi się oświadczył. ... Musicie poznać prawdę...
8

poniedziałek, 14 listopada 2016

[DWANAŚCIE ODCIENI MIŁOŚCI] Wznowienie.

Pewnie mało kto pamięta, iż na blogu swego czasu pojawiała się taka seria opowiadań pod tytułem Dwanaście odcieni miłości. Nowe opowiadanie będzie  wznowieniem tej serii. Postanowiłam, że raz w miesiącu pojawiać się będzie nowa historia.


Tymczasem zapraszam do poprzednich historii

Styczeń


0

wtorek, 8 listopada 2016

[OSOBISTE][PRZEMYŚLENIA] O tym jak starość nie powinna wyglądać....

  Dzisiaj wpis, zupełnie nie planowany. Napisany pod wpływem emocji po wczorajszej emisji programu „Uwaga” w TVN i TTV.


Bohaterką tej jakże smutnej historii jest pani Urszula – starsza, schorowana, niewidoma kobieta, którą rodzina pozostawiła na pastwę losu.  Jej rodzina interesowała się jedynie środkami finansowymi starszej pani. Oczywiście zwalali wszystko na winę Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. Na szczęście dzięki interwencji TVN pani Urszula trafiła do Ośrodka Interwencji Kryzysowej, a w ciągu kilku dni trafi do Domu Pomocy Społecznej w Chorzowie. I oby tam się wszystko jej ułożyło.

Teraz trochę z historii, która przydarzyła się w moim życiu. Chodzi o moją babcię, która po śmierci mojego dziadka mieszkała sama w Częstochowie. Miała ona 5 dzieci; cztery córki i jednego syna. Dwie córki ( moja mama i jej siostra ) mieszkają poza Częstochową . Moja mama – w Katowicach – 70 km , jej siostra mieszka za granicą i jest mocno schorowana.

Dwie pozostałe córki i syn mieszkają praktycznie na miejscu, lecz nie czują się w obowiązku zadbania o własną matkę.

Rok 2013. Czerwiec.

Pierwszy czerwiec i jest telefon – Mama się przewróciła rano, nie dam sobie z nią rady. - do mojej mamy dzwoni jej brat , który czasowo mieszkał z babcia. - Przyjedź do nas, bo nie wiem co robić.

Moja mama oczywiście chętnie by pojechała, ale nie jest w stanie. Ma przewlekłe problemy ze wzrokiem i zakaz dźwigania. Prosi o pomoc starszą siostrę , która mieszka na miejscu i w ogóle nie interesuje się losem schorowanej matki. Babcia trafia do szpitala w sobotę , a w niedzielę rano moja mama już tam jest. Stan babci ciężki, ale stabilny, niewydolność nerek, podejrzenie osteoporozy, niewydolność krążenia. Babcia dostaje leki, kroplówki. Moja mama mimo ,że pracuje na etacie jest tam tak często jak tylko może. Babulinka spędza na oddziale wewnętrznym prawie dwa tygodnie.

Oszukana przez swoje siostry – zatajanie prawdy podczas wizyty u ordynatora, wmawianie mojej mamie, że tylko z nią chce rozmawiać , a chodzi tutaj tylko o wypis, moja mama bierze urlop bezpłatny z pracy i w tym trudnym momencie przeprowadza się do Częstochowy.

Babcia jest w stanie stabilnym – informuje wypis , zalecone leki i kontynuacja leczenia pod opieką POZ. W dzień wypisu babci ze szpitala mama dzwoni do przychodni, prosząc o wizytę domową lekarki w celu „ogarnięcia wszystkich zaleceń”. Pierwsza dziwna rzecz – to pielęgniarka decyduje, czy lekarz przyjdzie do domu. Moja mama – pracownik służby zdrowia – nie daje za wygraną, informując nawet o podjęciu kroków prawnych. Po kilku godzinach w mieszkaniu pojawia się młodziutka lekarka, która pojęcia chyba nie miała o co chodzi, bo do kobiety praktycznie niekumatej mówiła „proszę pokazać język”. Prośbę o pielęgniarkę środowiskową traktuje się jako niebyłą.

Próbujemy załatwić babci ZOL – Zakład Opiekuńczo Leczniczy. Nie ma mowy – brak miejsc na następne pół roku. Szukamy także tych prywatnych. Niestety. Ja z Katowic spędzam całe dnie na wyszukiwaniu szans, załatwianiu dokumentów i pomocy – niestety tylko zdalnej. Pielęgniarkę udaje się załatwić, ale w zakresie godzinowym tak nikłym… Zresztą pani ma większe wymagania higieniczne – co kupić, jakie itp.. Taki środek a nie inny, takie pampersy…
Mama po dwóch tygodnia w Częstochowie wraca do domu, bo musi. Sama czekała na wizytę u lekarza , jest znerwicowana . Na każdy dźwięk dzwonka telefonu reaguje stresem i płaczem. Nie radzimy sobie z tym wszystkim. Czekamy na miejsce w ZOL-u . Mama ma wcześniej zaplanowany urlop i praktycznie spędza tydzień w pociągach na trasie Katowice-Częstochowa.

10 lipca babcia w stanie „agonalnym” trafia do szpitala. To już końcówka i my dobrze o tym wiemy. Babcia po wlewie dopaminy na SORze dostaje odrobinę energii, jest kontaktowa i chętnie zjada gerberki. Z nadzieją mama patrzy w przyszłość. Lekarz mówi jej ,że pobyt na oddziale to maksymalnie dwa tygodnie. Wtedy jeszcze nie wiemy o co chodzi ..

15 lipca mama znowu jest u babci, jest trochę gorzej, ale były takie upały,że chyba każdy czuje się źle.

16 lipca mama jest w domu, jedziemy kupić sobie buty letnie, bo mama wraca jutro do pracy. Śmiejemy się, wygłupiamy, a po powrocie do domu zasypiamy, zmęczone wariactwem i oderwaniem się od wszystkiego.

17 lipca mama wraca do pracy. Ja budzę się zgrzana, bo ciepło. Wchodzę do wanny i wtedy dzwoni telefon.

<<Babcia nie żyje, zmarłą około trzeciej >> informuje mnie moja mama, do której zadzwonił brat i nagle świat staje w miejscu. Tato jedzie po mamę do pracy, potem zabiera mnie i jedziemy do Częstochowy by pożegnać babcie i załatwić formalności.


Kilka dni później jest już po wszystkim. Świat wraca na właściwe tory , tylko jakoś dziwnie jest. Mam pretensje do lekarzy, do pielęgniarek – nie o samą śmierć, bo babcia miała prawie 90 lat, ale o brak wsparcia w tej całej jakże trudne sytuacji. Nie było mowy o wspraciu lekarza rodzinnego, który powinien interesowac się swoim podopiecznym . Mam pretensje do pielęgniarki, która widząc co się dzieje z babcią nie zainteresowała się jej stanem.


Mimo upływu lat ta historia jest świeża w pamięci i taka już chyba zostanie na zawsze.

Jeżeli moja starość tak ma wyglądać – to ja dziękuję, nie skorzystam . W Holandii są specjalne ośrodki, inne zaplecze socjalne. A w Polsce… A w Polsce jest w tym temacie pustka.





1

poniedziałek, 7 listopada 2016

[INFO] ŻYJĘ....

Kochani !

Żyję i mam się dobrze, jestem tak zapracowana, że brakuje mi czasu na wszystko. Lawenda się skończyła, coś nowego się piszę i jeszcze zaległe recenzje z bt... Wrócę do Was niedługo, obiecuję.

Pozdrawiam. 
0
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.