piątek, 25 listopada 2016

[ 5 mil do szczęścia] Niby nowe, a jednak stare...

Witam Was kochani w piątkowe popołudnie. Jaka u Was pogoda ? U mnie niestety szaro, buro i byle jak.

Dzisiaj znowu zmiana planów, postanowiłam Wam pokazać to od czego zaczęło się moje pisanie.


Pięć mil do szczęścia miało być nawet już wydane, ale w ostatniej chwili wycofałam się, nie czując się gotowa na tą historię. Wam jednak pokaże nieduży fragment.

****

     Życie toczy się szybko. Każdego dnia budzimy się, pijemy kawę lub herbatę, zagryzamy tosty lub dłubiemy w jajecznicy, słuchając wiadomości przekazywanych przez uśmiechniętą i zadowoloną z ży-cia prezenterkę. Wchodzimy pod prysznic, następnie przed lustrem nakładamy podkład i kolorową maskę. Mgiełka delikatnych perfum dopełnia całości. Potem jeszcze zakładamy obcisłe uniformy i wysokie szpilki. Do skórkowej torebki chowamy dokumenty, najczęściej także telefony i tablety.
Wychodząc z domu zamykamy drzwi, zaciągamy rolety i gasimy światło. Udając się do miejsca pracy spotykamy setki ludzi – takich samych jak my, różniących się tylko cechami zewnętrznymi, takimi jak kolor włosów czy oczu.

     Przy wejściu do zakładu pracy odbijamy karty pracownicze, wpisujemy się do księgi wejść
i przypinając identyfikator ruszamy w labirynt korytarzy i przejść. Bez zbędnych gestów kierujemy się do swojego pokoju – wyjałowionego z wszelkiej intymności boksu, w którym nie ma miejsca na indywidualność. Wchodząc do niego odwieszamy kurtki na zimne metalowe wieszaki, które są przykręcone do białych, gładkich ścian. Torebki kładziemy na krzesła, wyciągamy z nich wszystkie
elektroniczne gadżety, logując się jednocześnie do systemu. Następnie odkładamy teczki do szaf, a sami ruszamy do swoich zajęć – tak różnorodnych, że aż interesujących.

     Jesteśmy tylko nic nieznaczącymi punktami w barwnym morzu studenckiej gawiedzi, pełnym niezmąconych niczym osobowości, wchodzących dopiero w uczelniany kierat. I tak od poniedziałku do
piątku – a właściwie czwartku, gdyż piąty dzień tygodnia bywa zwykle luźniejszy od pozostałych.

     Zegar wiszący nad drzwiami pokoju wskazał godzinę punkt szesnastą. Iga Zakrzewska zamknęła laptopa, wyciągnęła z szafki teczkę i schowała go do środka. Biały fartuch odwiesiła na wieszak, identyfikator przepięła na pasek od ciemnych dżinsów, wzięła w dłoń torebkę i po zgaszeniu światła w całym pomieszczeniu wyszła na korytarz. Klasyczne czółenka w kolorze nude idealnie pasowały do jej dżinsów. Odstawiła torbę z laptopem pod ścianę, wyciągnęła z kieszeni klucze i po chwili można
było usłyszeć charakterystyczny szczęk zamka. Wysoka szatynka rozejrzała się jeszcze po korytarzu, chwyciła teczkę w dłoń i ruszyła na dół po schodach. Przy drzwiach wyjściowych, jak
zwykle o tej porze, znajdowała się spora grupa młodszych i starszych asystentów. Każdy z nich odbijał właśnie kartę, zdawał klucze, po czym kierował się w stronę nowoczesnych drzwi, by
wrócić do normalnego świata.

Stanęła na schodach i poczuła uderzenie ciepła. Był początek czerwca, słoneczne dni zaczęły się wcześnie, bo już w połowie maja. Odpięła identyfikator i wrzuciła go niedbale do torebki.

Zeszła na chodnik i czekała na swoją współlokatorkę.

– Iga, przepraszam za spóźnienie! – Blondwłosa Agata Zawadzka w sukience za kolano w pudrowym kolorze zbiegła po schodach, uważając na wysokie szpilki.  – Idziemy na piwo? – spytała.

– Jestem zmęczona. – Iga spojrzała z niechęcią na tłumy ludzi, którzy kierowali się w kierunku pubu. – Chodźmy do domu, mam dobre, schłodzone czerwone słodkie wino.


Czekając na odpowiedź koleżanki obserwowała typowy widok – jak wychodzący z budynku mężczyźni pozbywają się krawatów, a kobiety rozpuszczają regulaminowo upięte włosy.

     Iga i Agata poznały się już kilka lat temu – podczas rekrutacji na pierwszy rok studiów pierwszego stopnia na Wydziale Chemii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Obydwie wysokie, ładnie ubrane,
uśmiechnięte. Tak podobne do siebie, a jednak zupełnie różne – jedna pewna siebie, marząca o księciu z bajki, a druga twardo stąpająca po ziemi, zdeklarowana singielka. Były dla siebie jednak jak yin-yang. Dostały jeden pokój w akademiku, a następnie wspólne mieszkanie asystenckie.
Żyły razem, wspierając się na co dzień, motywując do intensywnej nauki podczas sesji egzamina-
cyjnych, konsultując wzajemnie prace dyplomowe.

– Dobra, na czerwone schłodzone mogę się zgodzić. – Zawadzka wyciągnęła z torebki czarne okulary i zakładając je rzekła do przyjaciółki – Ale wstąpmy jeszcze do sklepu, mam ochotę na truskawki z bitą śmietaną.

– Tak, teraz truskawki z bitą śmietaną, a potem będziesz marudzić, że ci w boczki poszło.

Iga uśmiechnęła się do Agaty i razem ruszyły w kierunku pobliskiego sklepu. Kilka chwil stały przy kasie, gdzie wiecznie niezadowolona z życia pani sprzedawczyni nieumiejętnie szukała kodu kreskowego, próbując najpierw wmówić przyjaciółkom, że produktu nie ma w systemie, by następnie jakimś cudem go wprowadzić.

– Mówiłam ci, że ta baba się do mnie uprzedziła – rzuciła Agata, gdy wyszły już ze sklepu. – Ona tak zawsze: jak nie kod kreskowy, to terminal nieczynny.

– Masz mylne wrażenie – próbowała ją uspokoić Iga. – Agata, opanuj się!


Dotarły do hotelu studenckiego, gdzie na ostatnim piętrze zlokalizowane były mieszkania asystenckie. Po krótkim prysznicu zasiadły w niewielkim salonie. Rozpuszczone kasztanowe loki Igi delikatnie opadały na jej twarz. Piaskowe szorty i granatowa bokserka mogły być strojem idealnym zarówno do noszenia po domu, jak i na słoneczne popołudnie na plaży.

– Przecież to, co się dzieje teraz w instytucie, to jakiś dramat. – Zawadzka rozsiadła się wygodnie na sofie w salonie. – Te obostrzenia, traktowanie nas jak króliki doświadczalne. A ta klauzula o niezawieraniu związków pomiędzy pracownikami różnych szczebli?

Agata była wyraźnie wzburzona tym wszystkim. Wzięła z miseczki truskawkę i po zamoczeniu jej w bitej śmietanie zamilkła.

– Agata, to nie tak. – Iga usiadła po turecku i odetchnęła głęboko, jakby dla nabrania odwagi. – Pamiętasz tego faceta z analizy instrumentalnej?

– No, to było ciacho. – Uśmiechnęła się i spojrzała na nią:

– Co z nim?

– Żona go zdradziła ze studentem.

Agata z niedowierzaniem otworzyła usta.

– Piąty rok, taki Arek – ciągnęła Iga. – Pomagała mu przy pracy dyplomowej no i...

– I co?? – Blondynka była bardzo ciekawa. – Opowiadaj.

– Bzyk-bzyk. Zaszła w ciąże, urodziła syna, jak się okazało się, tego studenta. – Zakrzewska upiła wody ze stojącej na stole szklanki i mówiła dalej: – Rozstali się, on wyjechał, student po obronie zniknął.

– Rozumiem. – Agata odłożyła miseczkę i spojrzała ponownie na przyjaciółkę: – Myślisz, że to był powód wprowadzenia tej klauzuli??

– Nie jestem pewna, ale za to wiem, że skończył nam się proszek do prania. – Iga zerknęła na listę zakupów, która leżała od poprzedniego wieczoru na stole w salonie. – Skoczę do tego mar-
ketu niedaleko.

– A ja upiekę tartę – mówiąc to Agata podniosła się z sofy i ruszyła do kuchni. – Skąd ty masz takie wiadomości?

      Wyszła z budynku mijając się z powracającymi z uczelni studentami. Większość z nich miała przy sobie podręczniki potrzebne do zaliczenia sesji egzaminacyjnej. Założyła na nos ciemne okulary i ruszyła w kierunku niewielkiego dyskontu. Jak zwykle o tej porze, w sklepie nie było wielu ludzi. Wzięła wózek, włożyła do niego torebkę, a okulary przełożyła przez koszulkę.

     Spacerowała między regałami wybierając potrzebne produkty, wkładając do koszyka opakowanie kawy Jacobs, dwie kostki masła czy kartonik śmietanki trzydziestki. Utknęła jednak na
jednej z alejek. Próbowała uparcie zdjąć z górnej półki słoiczek ulubionych przetworów, ale mimo swojego wzrostu nie mogła po nie sięgnąć. Zrezygnowana miała oddalić się w kierunku kolejnej
pozycji z listy, gdy usłyszała za sobą przyjemny, męski głos

– Truskawkowe czy malinowe? – odwróciła się i ujrzała wysokiego szatyna, który trzymał w dłoniach dwa słoiczki konfitur. – Nigdy nie zrozumiem tych kierowników, którzy nie myślą
o innych.

– Zdarza się – mówiąc to Iga podeszła do mężczyzny i wzięła jeden ze słoiczków. – Dziękuję bardzo za pomoc.

– Szymon. – Szatyn odłożył konfitury malinowe z powrotem na regał i podał dziewczynie dłoń. – Szymon Dawidowicz.

– Iga Zakrzewska. – Włożyła słoiczek do wózka i odwzajemniła gest nieznajomego. – Pan tutejszy?

Spojrzała na mężczyznę, podziwiając jego doskonale skrojony garnitur, czyste buty i błękitną koszulę, które dodawały mu elegancji.

– Nie, przyjechałem z Wrocławia na rozmowę w sprawie pracy. – Szymon wziął z sąsiedniej półki niewielką butelkę wody mineralnej. – Wstąpiłem po coś do picia, bo przede mną kawałek
drogi do domu.

– No niestety, ale na szczęście teraz latem długo jest jasno.

– Iga chwyciła w dłonie wózek. – Jeszcze raz dziękuje za pomoc, ale będę już szła do kasy...

– Chyba do zobaczenia – rzucił Dawidowicz obserwując oddalającą się Zakrzewską. – Do zobaczenia.

      Wyszła z dyskontu i od razu skierowała się do hotelu. Ze skrzynki wyciągnęła listy i wjechała na ostatnie piętro. Otworzyła drzwi i od razu poczuła zapach świeżo wyciągniętej z piekarnika tarty. Odstawiła zakupy na stół w kuchni i ruszyła w poszukiwaniu Agaty.

– Agata!? – zajrzała w pierwszej kolejności do pokoju koleżanki, lecz tam jej nie było – Agata?!

– W łazience. – To właśnie stamtąd dobiegł głos roześmianej blondynki. – Nie przestrasz się, jestem zielona od glinki.

– Spokojnie, wyjdź. – Zakrzewska stanęła przy stole w kuchni i otworzyła jeden z odebranych tego dnia listów. – Dostałyśmy zaproszenie na badania profilaktyczne w ramach akcji Kobieta
Świadoma – Badam się. Wiesz, cytologia, badanie piersi. Idziemy?

– Jasne, a kiedy to? – Z łazienki wyszła zielona niczym Shrek Agata. – Ostatnio cytologię robiłam dwa lata temu, to trzeba skorzystać.

– Jutro, od dziesiątej. – Iga odłożyła różowy świstek i wróciła do rozpakowywania zakupów. – A potem shopping?

– Jasne...

Następnie Iga wzięła szybki prysznic i zniknęła w swoim pokoju. Włosy upięła wysoko, nastawiła w telefonie budzik i ułożyła się na łóżku, wpatrując się w zdjęcie roześmianej szatynki.


       Kolejny dzień nastał szybko, równie słoneczny co poprzedni. Agatę obudził zapach świeżo zaparzonej kawy. Przetarła oczy i ze zdumieniem ujrzała, że zegarek wskazuje siódmą trzydzieści. Podniosła się z łóżka, założyła na nogi japonki, włosy upięła w mały koczek i dotarła do kuchni. Tam przy stole siedziała oporządzona już Iga.

– Dzień dobry, jak się spało? – spytała nalewając do kubka kawy. – Tosta? Tarty?

– Kawy!! – Agata usiadła szybko na wolnym krześle i zatopiła usta w parującym naparze. – O której ty, mój pracoholiku, wstałaś?

– Kilka minut przed siódmą. – W odpowiedzi Iga uśmiechnęła się i wyciągnęła z tostera jeszcze ciepłe kromki. – Przez tyle lat wstawania mój zegar biologiczny już zdążył się ustawić.

       Po śniadaniu Iga zajęła się sprzątaniem kuchni i składaniem prania. W tym czasie Agata wzięła prysznic, upięła włosy i umalowała się. Punktualnie o dziewiątej trzydzieści obie dziewczyny
ruszyły w kierunku centrum diagnostycznego.

– Pani Iga Zakrzewska, zapraszam. – Krągła pielęgniarka wywołała Igę do gabinetu lekarskiego. – Nie denerwuj się, dziewczyno, to tylko profilaktyka.

Zakrzewska weszła do gabinetu, usiadła na wskazanym przez pielęgniarkę krześle i rozpoczęła wypełnianie typowej ankiety.

Kilka chwil później leżała już na fotelu ginekologicznym, modląc się o pomyślny wynik. Dwadzieścia minut później wyszła z gabinetu. Agata już na
nią czekała. Obie pospiesznie wyszły z budynku i ruszyły na autobus, który miał je zawieźć do Galerii Krakowskiej.

    Myślami Iga cały czas była przy badaniach – to właśnie rak piersi zabił jej matkę. Gdzieś w budynku mignęła jej przed oczami znajoma twarz, lecz od rozmyślań oderwała ją dopiero Agata,
która zaciągnęła ją do Pizza Hut. Tam przyjaciółki zamówiły dużą i ostrą pizzę z ogromną ilością sera, do tego dzbanek pepsi. Siedziały jeszcze długo, rozmawiając o wszystkim, między innymi
o planach wakacyjnych Igi, która z niecierpliwością czekała na pierwsze dni lipca, by wyjechać do Włoch, gdzie od lat jej dziadkowie mieli niewielki domek tuż przy plaży.

– Masz już wszystko na wyjazd? – spytała ją Agata, dopijając gazowany napój. – Jak ja ci zazdroszczę. Morze, plaża, kolorowe drinki.

– To jedź ze mną. – Iga odłożyła kawałek pizzy na brązowy talerz i usiadła wygodnie. – Maja na pewno nie będzie zła.

– Ale ja już jadę z Rafałem do Hiszpanii. – Jej koleżanka niechętnie mówiła o swoim dotychczasowym partnerze. – Wiesz, on mieszka w Szczecinie na co dzień, to chociaż jego urlop
spędzimy razem.

– Ale w sierpniu, prawda? – namawiała Iga. – A lipiec to piękna pogoda we Włoszech.

– Przemyślę to, obiecuję. Dam ci znać do końca przyszłego tygodnia.

     Po posiłku przyjaciółki wybrały się na zakupy. Agata wygrzebała bardzo seksowne bikini, które więcej odsłaniało niż zakrywało, a do tego króciutkie, dżinsowe spodenki i kilka równie
skąpych topów na cieniutkich ramiączkach. Jej przyjaciółka zdecydowała się na białe szorty, czerwoną bluzkę z dekoltem typu woda oraz parę granatowych japonek. Oprócz tego nowe oku-
lary przeciwsłoneczne, trochę kosmetyków i granatową torbę.

– To co, Majka przyjeżdża po ciebie tutaj? – spytała Agata, gdywracały już do hotelu. – Czy spotykacie się w Warszawie?

– Przyjedzie, bo będzie składała dokumenty na rezydenturę tutaj w szpitalu. – Iga uśmiechnęła się do przyjaciółki i poprawiła okulary. – Przenocuje u nas jedną noc, a potem z samego rana
wyjeżdżamy.

– Zgoda, pojadę z wami! Majka nie będzie zła?

W reakcji Zakrzewska aż uściskała przyjaciółkę.

     W końcówce czerwca w hotelu studenckim pojawiła się Maja – właściwie ciotka Igi, ale traktowana przez nią jak siostra, jako że dzielił je tylko rok różnicy i dziewczyny były sobie bardzo bliskie. Pierwszego dnia lipca cała trójka wsiadły do granatowego Peugeota 2008 i ruszyły w kierunku włoskiego miasta, Bibione.
 
     Późnym wieczorem pojechały na miejsce. Maja po męczącej podróży zasnęła od razu, a Iga i Agata wybrały się jeszcze na spa cer po plaży. Delikatny lipcowy wiatr wzmagał fale. Było im tak
cudownie. Dziewczyny usiadły na ciepłym piasku i wpatrywały
się w morze.

– Dziękuję, że mnie namówiłaś – powiedziała Agata. – Wiesz, Rafał miał trochę obiekcji w temacie tego wyjazdu.

– Faceci zawsze mają wiele do powiedzenia w temacie, który ich w ogóle ich nie dotyczy. – Iga uśmiechnęła się do przyjaciółki. – Teraz, tutaj nie ma tematu Rafała, Antka, Dominika czy
Michała.

      Następnego poranka Agata wyciągnęła przyjaciółkę na po- ranny jogging brzegiem morza. Obie ubrane w dresy z uśmiechem biegały po letnim jeszcze piasku. Iga była w tym miejscu
po raz pierwszy w życiu i już się w nim zakochała. Kiedy wróciły, Maja siedziała na tarasie i popijała kawę. Ubrana w przewiewną sukienkę z charakterystycznym dla siebie uśmiechem rozmawiała z kimś przez Skype. Momentalnie przerwała, gdy tylko na horyzoncie pojawiły się jej towarzyszki.


– Dzień dobry, jak się spało? – Iga wyciągnęła z szarej papierowej torby świeże pieczywo, które kupiła w piekarni niedaleko plaży. – Piękna pogoda.

– Tak, bardzo – przytaknęła Maja, wzięła z talerzyka słodką bułkę i dolała do kubka kawy. – Iga, jak się przebierzesz, to pojedziemy do tego marketu za miastem. Mamy pustki w lodówce.

– Spokojnie, mamy dzisiaj cały dzień. – Zakrzewska uśmiechnęła się do siostry i usiadła na wolnym krześle. – Boże, jak tu cudnie.

Po zakupach dziewczyny przygotowały sobie lekki obiad w postaci sałaty lodowej z pomidorami suszonymi, mozzarellą i owocami morza. Siedziały na tarasie i zajadając się tymi smakołykami rozmyślały o wszystkim, co zostawiły w Polsce. Iga miała jedną rzecz w głowie – od momentu przyjazdu jej myślami zawładnął on.

6 komentarzy :

  1. poczułam ten aromat truskawek ze śmietaną i letniego powiewu wiatru znad morza... super:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Masz bardzo lekki styl, przyjemnie się ciebie czyta. Może Powinnaś się zdecydować i faktyczne wydać książkę. Będę Ci mocno kibicować, jest w tobie potencjał ;)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana Książko Miłości Moja - bardzo chętnie bym coś wydała, bo właśnie zaczęłam pisać trzecią już historię. Problem w tym, że chyba nie trafiłam jeszcze na odpowiednio wydawnictwo. Poszukuję jednak i mam nadzieję, że wkrótce coś się ukaże :)

      Usuń
  3. Początek czytało się nieco ciężko, a to za sprawą narracji drugoosobowej, która dość rzadko jest wykorzystywana w literaturze. Dopiero jak wskoczyłaś na tę trzecioosobową to mi ulżyło i bez zbędnych problemów zaczęłam wnikać w Twoje dzieło.
    Masz fajne pióro, piszesz lekko, chociaż przy niektórych momentach można było napisać nieco więcej, aby rozbudować fabułę. Także jestem zaskoczona faktem, jak główna bohaterka szybko wyskoczyła temu facetowi ze swoim nazwiskiem. Ja sama bym tego nie zrobiła - niech zna tylko imię. O! Ale to było Twoje pierwsze dzieło, więc przypuszczam, że zdążyłaś nabrać wprawy. A co do wydawnictwa to warto podsyłać fragmenty - a może się skuszą? Przecież nie trzeba szukać wydawcy u tych, co mają rzesze fanów. Czasami mniejsze wydawnictwo bywa znacznie lepsze, bo uważniej przyłożą się do korekty (gdzie nieraz autor dostaje notatkami po pupie) i łamania tekstu. I... powodzenia! Ja dalej będę coś zaczynać i kończyć na kilku rozdziałach...
    Pozdrawiam. :)
    #Ivy z Bluszczowych Recenzji

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana Ivy - od momentu gdy powstawały te rozdziały minęły 2 lata, ja się zmieniłam - zaczęłam więcej czytać - dzięki temu rozwija się mój zasób słów. Co do wydawnictw to próbowałam, ale bez efektu - jednakże mam w planach nie zniechęcać się, bo przecież nie od razu Kraków zbudowano. Dziękuje za cenne uwagi :)

      Usuń
  4. Przeczytałam i zgadzam się z komentarzami dziewczyn wyżej - masz lekkie pióro, przyjemnie się czyta. Może faktycznie jest kilka niedociągnięć i przydałyby się poprawki ale mimo wszystko masz to "coś".
    Mam nadzieję, że kiedyś będąc w księgarni zobaczę na półce jedną z Twoich książek. Trzymam kciuki i pisz więcej! :)

    OdpowiedzUsuń

Tworzę to dla Was . Pokażcie się.

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.