sobota, 3 grudnia 2016

[ 5 mil do szczęścia] Zakład o miłość ?

Witam Was ponownie dzisiaj .

Przychodzę do Was z kolejną częścią 5 mil do szczęścia, zachęcam do czytania i komentowania.

 Od tamtej pamiętnej nocy minęło już kilka tygodni. Agata pogodziła się ze śmiercią narzeczonego i  powolutku wychodziła na prostą. Między Igą i Szymonem sytuacja wydawała się klarowna. Prowadzili wspólnie jedną z grup laboratoryjnych, wiele godzin spędzając razem. Dogadywali się niemal bez słów, raz czy dwa wybrali się nawet do kina.

Był poniedziałek 20 października. Siedziała w swoim pokoju i opracowywała wyniki badań z poprzedniego tygodnia. Z iPoda wydobywały się ciche dźwięki utworu Thomasa Tellisa, gdy nagle ktoś zapukał do drzwi. Chwilę później oczom Igi ukazał się jej szef – profesor Artur Krajewski.

– Dzień dobry, pani Igo – rzekł. – Nie przeszkadzam?
– Skądże, profesorze. Iga wyciszyła urządzenie i odwróciła się w kierunku swojego szefa: – Coś się stało?
 – Pani wie, że u nas od dzisiaj zaczynają się zajęcia z tym francuskim profesorem Vincentem? – spytał siadając na kanapie, na ulubionym miejscu Agaty.  – Samolot miał opóźnienie i będzie na lotnisku dopiero za trzy godziny.

– Wiem, jego asystentka Mia przekazała mi tę informację mailowo. – Szatynka delikatnie uśmiechnęła się, poprawiając materiał spódnicy. – Czy mam odebrać profesora z lotniska?

– Byłbym rad, gdyż ja mam w tym czasie zajęcia ze studentami – mówiąc to Krajewski chwycił w dłoń dokumenty z najnowszymi wynikami badań. – A proszę powiedzieć, jak się pani dogaduje z doktorem Dawidowiczem?

Iga z trudem utrzymywała język za zębami, by nie zdradzić profesorowi Krajewskiemu uczuć jakie wywołuje w niej Szymon.

 Półtorej godziny później Iga opuściła budynek instytutu. Droga na lotnisko zajmowała jej zwykle około pół godziny, lecz chciała zdążyć jeszcze się przebrać. Wyciągnęła z szafy czarną, klasyczną sukienkę do kolan i czerwoną marynarkę. Poprawiła delikatnie makijaż i sporo przed czasem wyruszyła w kierunku lotniska.

Zdążyła już poznać profesora Vincenta podczas studiów doktoranckich. Był mężczyzną w kwiecie wieku, który potrafi ł prowadzić swoje wykłady w taki sposób, iż zapełniała się nawet największa aula instytutu. Kiedy odpowiadała na wiadomość, którą właśnie wysłał jej Szymon, na horyzoncie pojawił się wyczekiwany przez nią gość w towarzystwie swojej asystentki. Wysoka, piękna blondynka promieniała. Iga pomachała w ich kierunku, schowała telefon do kieszeni marynarki i szybkim krokiem podeszła do nich.

– Profesorze Vincent, miło pana spotkać ponownie – mówiąc to podała mężczyźnie w  idealnie skrojonym garniturze swoją dłoń. – Mia?!
– Dzień dobry, pani Igo, przepraszamy za opóźnienie – próbowała się nieporadnie wytłumaczyć blondynka. – Mam nadzieję, że nie ma komplikacji?
– Nie, studenci wiedzą, że wykład odbędzie się popołudniu – uśmiechnęła się Zakrzewska. – Wszystko pod kontrolą.

Po blisko godzinie jazdy w ogromnym korku spowodowanym wypadkiem tuż przy wjeździe do miasta czerwona toyota yaris zajechała pod budynek Instytutu Chemii. Iga wyciągnęła bagaże gości z samochodu i odprowadziła ich na miejsce, gdzie czekał już na nich profesor Krajewski. Walizki wylądowały w pokoju asystenckim, a Iga wróciła do swoich zajęć.

Weszła do swojego gabinetu, mając w planach przygotowanie się do wykładu profesora Vincenta.

– Cześć, Iga – rzucił Szymon, łapiąc za zamykające się drzwi. – Pięknie wyglądasz.

– Dziękuję za komplement. Następnie dziewczyna zdjęła marynarkę i  założyła biały fartuch. – Jak nasze próbki? – spytała. – Udało się?

– Tak, wszystko w porządku – Szymon podał Idze wydruki z komputera, które potwierdzały jego słowa. – Nie tylko pięknie wyglądasz, ale i pięknie pachniesz.

Iga z  uśmiechem pocałowała go w  policzek i  zagłębiła się w otrzymane dane. To był ich czas.

Nie zauważyli, kiedy nastał piątek – dzień kolacji z profesorami Krajewskim i Vincentem oraz panią Dominiką – żoną szefa Igi i Mią. Iga w przerwie wyskoczyła do zaufanej fryzjerki, która od lat dbała o jej włosy – tym razem na kasztanowych włosach doktorantki pojawiły się jaśniejsze refleksy. Ubrana w białą kopertową bluzkę i ciemne dżinsy stała w pracowni i przygotowywała próbki. Mianowała właśnie roztwór wodorotlenku sodu, gdy w sali pojawił się Szymon.

– Dzień dobry, witam piękną panią magister – podszedł do niej i oparł się o blat roboczy. – To co? Dzisiaj szalejemy?

 – Grzeczna kolacja i  tyle – mówiąc to Zakrzewska odłożyła na bok kolbę i  spojrzała na mężczyznę. – Widzimy się o dziewiętnastej?

– Tak, zapukam po ciebie.

Po tych słowach Szymon zbliżył się do dziewczyny i wziął kosmyk jej włosów w palce. – To będzie nasz wieczór. Wpatrywała się w jego zielone oczy i czuła, jak robi jej się ciepło na sercu. Od tamtej pamiętnej nocy ich relacje bardzo się zmieniły. Kilka chwil przyjemności… i każde z nich wróciło do swoich zajęć.

Wróciła z  uczelni do domu, rzuciła torbę na łóżko i  zdjęła buty na obcasie. Czuła na sobie jego wzrok, patrzył na nią przez cały czas, kiedy była w jego zasięgu… Jego obecność tak bardzo działała na jej wyobraźnię, że kiedy zamykała oczy, widziała, jak ją całuje, przytula i szepcze czuła słówka. Wzięła z biurka Carlo Rossi Sweet Chilii, nalała kieliszek i zniknęła w łazience.

Ciepła woda ukoiła jej skołatane nerwy, a chłodne wino uspokoiło erotyczne żądze. Na włosach znalazło się mazidło kokosowe o przepięknym zapachu. Z niewielkiej półeczki wzięła książkę, którą ostatnio czytała, 80 dni żółtych Viny Jackson. Ta pełna erotyzmu powieść czytana we francuskim przekładzie sprawiała jej wiele przyjemności. Przymknęła na chwilę oczy i odpłynęła w krainę wspomnień.

Stała przy roboczym blacie uważnie obserwując malejącą objętość odczynnika w biurecie. Miała na sobie bluzkę kopertową z dość sporym dekoltem, który próbowała zakryć zapinając fartuch. Nie zauważyła natomiast, kiedy w pomieszczeniu pojawił się Szymon. Zdezorientowana postawiła szkło na biurku i jak zahipnotyzowana wpatrywała się w jego zielone oczy. – Szymon? – szepnęła, gdy przyłożył jej palec do ust. 
– Co ty?
 – Ci… – uśmiechnął się i przyciągnął do siebie. – Pięknie ci w tym białym wdzianku… 
Wodził palcami po szyi, aż dojechał do pierwszego zatrzasku w fartuchu. Przełknęła głośno ślinę, przeczuwając, co się teraz wydarzy. Przybliżył się do niej i już miał złożył na ustach pocałunek, gdy drzwi do pracowni otworzyły się.


Ze wspomnień wyrwał ją dzwonek do drzwi. Chwyciła z wieszaka szlafrok i wyskoczyła z wanny. Na korytarzu stał Szymon, a zegar wskazywał kilka minut po piątej.

– Iga, wiem, że tam jesteś – rzucił przez drzwi Dawidowicz. – Iga!
– Co ty tutaj robisz? – krzyknęła przez drzwi zerkając na zegarek. – Byliśmy umówieni na dziewiętnastą.
– Wiem, ale kolacja jest przesunięta na dziewiętnastą, więc musimy wyjechać przynajmniej o osiemnastej.

Zakrzewska otworzyła drzwi i  wpuściła mężczyznę do mieszkania.

– Pięknie wyglądasz – skomplementował.
– Przepraszam za strój, ale myślałam, że mam jeszcze czas. W lodówce jest coś do picia – powiedziała, po czym zakryła się szczelnie szlafrokiem i zniknęła w swoim pokoju.

Szymon zasiadł na sofie i wziął ze stolika leżącą na nim książkę. Z niedowierzaniem wczytał się w tekst, który znajdował się na otwartej stronie.

Tym razem włożyłam krótką czarną sukienkę zamiast długiej z aksamitu, żeby nie zwracać na siebie uwagi w środkach komunikacji miejskiej. Była dopasowana do ciała, miała tylko jedno ramiączko 36 i ukryty z boku zamek. Celowo nie włożyłam tego dnia stanika, żeby – kiedy się już rozbiorę, jeśli się rozbiorę – nie mieć na ciele odciśniętych śladów. Niewiele brakowało, a z tego samego powodu nie włożyłabym majtek, ale w ostatniej chwili zmieniłam zdanie. I dobrze, bo podmuch powietrza podwiał szeroką spódnicę, kiedy wjeżdżałam schodami na stację Bank. Dominik zszedł z podium, zajął miejsce na jednym jedynym krześle ustawionym przed sceną i patrzył na mnie bez wyrazu – nie licząc zawsze obecnej na jego twarzy maski uprzejmości i rezerwy, która zapewne skrywała naturę bardziej pierwotną, niż mogło się wydawać na pierwszy rzut oka. Ile kosztowałoby wydobycie jej na powierzchnię? Wzięłam głęboki wdech i postanowiłam, że spróbuję się dowiedzieć. Położyłam dłoń na boku, wytrzymałam spojrzenie Dominika i zaczę- łam rozpinać zamek. Zaciął się. Oczy Dominika błysnęły, kiedy szarpałam się z sukienką. […] Podniosłam skrzypce, opanowałam odruch, by zasłaniać się nimi chwilę dłużej, odwróciłam się, wsunęłam skrzypce pod brodę i zaczęłam. Pieprzyć nagość i pieprzyć Dominika, pomyślałam z irytacją, a potem zawładnęła mną muzyka. 


Przeglądała się w  lustrze w  swoim pokoju. Ubrana jedynie w  czarny, koronkowy stanik i  majteczki z  tego samego kompletu. Na szklanym stoliku, który stał pod oknem, pojawiły się wysokie, czarne szpilki, a na szafie wisiała koktajlowa, czerwona sukienka z kokardą w pasie. Iga spojrzała ponownie na siebie i usiadła przy biurku. Włosy upięła, aby nie ubrudziły się od podkładu, który sprawnie naniosła na twarz. Oczy podkreśliła delikatną kreską, a na usta naniosła pomadkę w kolorze czerwonego wina. Cieliste rajstopy delikatnie opalizowały jej blade po zimie nogi, z czarnej
szufladki wyciągnęła srebrny łańcuszek i kolczyki – spirale.

– Pójdę tylko po marynarkę, zaraz wracam – rzucił Szymon otwierając drzwi. – Nie ucieknij mi.

 – Wariat – uśmiechnęła się Zakrzewska do przyjaciela i powiedziała w myślach – Szymon, mój Szymon.

Założyła na siebie sukienkę i z butami w dłoni wyszła do przedpokoju. We włosy wpięła srebrną ozdobę, upinając je ma karku. Stanęła przed lustrem, zrobiła zdjęcie i posłała je do Agaty, aby ta oceniła jej look. Po chwili pojawiła się zwrotka:
Jeżeli cię dzisiaj nie przeleci, to uznam, że jest idiotą. Miłego. A

Włożyła telefon do niewielkiej czarnej kopertówki, ubrała żakiet w tym samym kolorze co torebka i ponownie stanęła przed lustrem. Jeden psik Dolce Vita Dior i była gotowa do wyjścia. Jeszcze tylko srebrny pierścionek plecionka i pozostało jej czekać na partnera. Pojawił się po chwili, ubrany w czarny klasyczny garnitur, białą koszulę i winny krawat, co wzięte razem nadawało mu wizerunek dojrzałego, opanowanego mężczyzny.

– Zapraszam moją panią – mówiąc to podał jej czarny płaszcz i pomógł go założyć. – Pięknie wyglądasz.
– Ty też niczego sobie. Po chwili Iga zamknęła drzwi na klucz, włożyła pęk do torebki i dodała: – Będziemy się dobrze bawić.

Gdzieś znikło to erotyczne napięcie, które było między nimi tego dnia. Od tamtej nocy w Sopocie starali się nie pobudzać swoich zmysłów, jednak nie do końca im się to udawało. Z budynku akademika wyszli rozbawieni. Otworzył jej drzwi swojego samochodu – czarnego opla mokka, który niedawno wrócił z serwisu.

– Dzisiaj go odebrałeś? – spytała dziewczyna zapinając pasy. – Jest taki czysty i pachnący…

– To wy, kobiety, wozicie w swoich samochodach pełno butów, śmieci i innych rzeczy – zaśmiał się Dawidowicz odpalając auto. – Mówiłem ci, że pięknie wyglądasz?

– Mówiłeś, sklerozo – Iga odgarnęła z twarzy opadający kosmyk włosów i zerknęła za okno. – Skup się na drodze, a nie na mnie bo wylądujemy w rowie.

Do restauracji „Da Pietro” dojechali około wpół do siódmej. Szymon szybko zaparkował i wysiadł z samochodu. Następnie pomógł z niego wyjść Idze, która była mocno zestresowana tym spotkaniem. Lokal okazał się bardzo przyjazdy. Przy sześcioosobowym stoliku czekał już profesor Krajewski wraz z małżonką. Po krótkim przywitaniu Iga zasiadła naprzeciwko Szymona. Profesor Krajewski uśmiechnął się do niej delikatnie, dając jej znać, że powinna wyluzować.

 – Iga, napijesz się czegoś? – spytał po chwili przeglądając menu. – Może Cherry Bloosom?

– Poproszę – powiedziała szatynka i  spojrzała na zegarek. – Zdecydowanie za wcześnie na coś mocniejszego.

Punktualnie o siódmej wieczorem w lokalu pojawił się Pierre Vincent – czterdziestopięcioletni profesor z uniwersytetu w Paryżu. Mężczyzna dał się poznać prowadząc serię wykładów na ich wydziale.
 – Pani Igo, pięknie pani wygląda – rzucił w zrozumiałym tylko przez Igę języku. – Mia?

 Za profesorem Vincentem stanęła szczupła, wysoka blondynka. Miała na sobie niebieską sukienką, a na twarzy wyrazisty makijaż.

– Witam i zapraszam – uśmiechnęła się blondynka do Igi i podała jej dłoń. – Profesora Artura Krajewskiego pan zna, a to jego małżonka Dominika.
– Miło mi – rzekł profesor, podniósł się i ucałował dłoń żony Krajewskiego, a następnie zwrócił się po angielsku do Artura: – Artur, whether you like the lecture?

 – Yes, the students were excited way of transmitting content – Krajewski uśmiechnął się tylko. – We sit down to the table, though maybe you have a drink?

 – Mia, to jest Szymon Dawidowicz, pracuje wraz z nami przy tym projekcie.

Po tej krótkiej prezentacji Szymon szybko się podniósł z krzesła i uśmiechnięty stanął przy Idze. – Miło mi państwa poznać – rzekł.

Po tych powitaniach zasiedli do stołu. Szczupła kelnerka ubrana w szary, firmowy kostium zebrała zamówienie i zniknęła na kuchni. Pierwsze na stole pojawiły się zupy. Iga i Mia zamówiły crema di pomodoro, pani Dominika zdecydowała się na krem ze szpinaku, a panowie na włoską zupę rybną.

– Pięknie wyglądacie razem – szepnęła Mia do zdezorientowanej Igi. – Ty i Simon, pasujecie do siebie. Długo jesteście razem?
– Nie, to tylko zawodowa znajomość – rzekła Zakrzewska, odłożyła na moment łyżkę i spojrzała na Szymona. – Nic więcej.
 – Nie wierzę, że się nie kochaliście – indagowała blondynka i chwyciła jej dłoń, jakby chcąc dodać jej otuchy przed tym wyznaniem. – Dobry jest?

Pojawienie się kelnerki z zamiarem zabrania talerzy przerwało rozmowę na temat spraw łóżkowych. Teraz na stole pojawiły się pieczona pierś z kaczki w sosie figowym. Po posiłku, gdy rozmowy zeszły na tematy zawodowe, tym razem przy kawie i włoskim deserze, Iga zorientowała się nagle, że zapomniała swojej torebki.

Przeprosiła więc grzecznie wszystkich, wzięła od Szymona klucze i ruszyła na parking przed restauracją.
– Iga, poczekaj! – usłyszała za sobą.

W korytarzu pojawiła się Mia: – Przepraszam za moje gadulstwo.

– Nic się nie stało, Mia – uśmiechnęła się do niej Iga. – Może byśmy się wybrały w poniedziałek na babski lunch?
– Zdzwonimy się rano, jak poznam plany profesora Vincenta – Mia poprawiła upięte włosy i  stanęła przy samochodzie Szymona.

Około dwudziestej drugiej kolacja zakończyła się. Iga zamówiła taksówkę dla francuskich gości, następnie pożegnała się z profesorem Krajewskim i jego małżonką, a na koniec wtuliła się w ramiona Szymona i poszli razem do jego samochodu.
 – Co miał znaczyć sms o  treści: „Jeżeli cię dzisiaj nie przeleci, to uznam, że jest idiotą”? – uśmiechnął się wsiadając do samochodu.
 – Grzebałeś w moim telefonie? – spytała zdezorientowana zapinając pasy. – Jakim prawem?
 – A takim – rzekł, po czym nachylił się nad nią i skradł jej pocałunek. – Mam w bagażniku butelkę wina, to może świętujemy dalej?

Nie wiedział do końca, jak dojechał do akademika, ale jakoś sobie poradził. Emocje brały górę z każdą chwilą oczekiwania. Zaparkował samochód, wziął Igę na ręce, a  następnie zabrał z bagażnika szarą torbę z zakupami. Iga wtuliła się w niego i pozwoliła zanieść do mieszkania. Już po drodze całował ją po szyi, doprowadzając tym dziewczynę niemal do odlotu. Nogi jej zmiękły na tyle, że gdy postawił ją przed drzwiami, aż się zachwiała.

Wyciągnęła z kieszeni marynarki klucze i pchnęła drzwi. Usadowił ją na sofie, a sam zniknął w łazience.
– Naleję wina. – Iga odzyskała jasność umysłu, z ulgą pozbywając się szpilek, i ruszyła do kuchni. – Napijesz się?

Wkrótce pojawił się tam Szymon, bez krawata i marynarki, za to z wypuszczoną na wierzch koszulą. – Jasne, jutro sobota, to mogę sobie na to pozwolić – odparł. – Ale najpierw…

Odstawił butelkę w głąb blatu i z całej siły objął dziewczynę. Szatynka odwróciła się do niego i mocno przytuliła. Rozsunął zamek jej sukienki i  materiał opadł cicho na wykafelkowaną podłogę. Całował każdy centymetr jej ciała aż do momentu, gdy dojechał do czarnych majteczek. Włożył palec wskazujący za ich materiał i delikatnie je zsunął. Iga podniosła nogi – wychodząc z niepotrzebnej w tym momencie bielizny. Skradł jej kolejny pocałunek. Spojrzał z miłością w jej oczy.
– Jesteś tego pewna? – spytał, gdy stała tak przed nim. – Iga! Rozmawiaj ze mną! Nasz poprzedni raz też był pod wpływem emocji.

– Jestem – podeszła bliżej i chwyciła go za poły koszuli. – Dobry seks nigdy nie jest zły.
Kiedy obudził się rano, Iga siedziała już na barowym krześle w kuchni. Ubrana w swoją sukienkę popijała kawę. Uśmiechnął się, przeciągnął i podniósł z sofy. Założył przewieszone przez kaloryfer dżinsy i podszedł do niej:
 – Dzień dobry, pięknej damie! – Stanął z tyłu i objął ją mocno. – Mmm… wspaniały aromat.
– Jest jeszcze ciepła – odparła i z wyraźnym smutkiem odłożyła trzymany w dłoniach telefon.- Śniadanie ?
– Nie, dzięki – mówiąc to mężczyzna wyciągnął z szafki obok zlewu kubek i nalał kawy  – Rano nie jadam śniadań.
– Pójdę do siebie – rzekła nagle, odstawiając kubek po kawie do zlewu. – Mam sporo rzeczy do zrobienia.

– Odprowadzę cię – zaproponował.
Następnie wziął z szafki koszulkę i ruszył za nią: – Czekaj.

Wyszli na korytarz. Szymon poprawił włosy i  założył biały T-shirt. Dziewczyna szukała kluczy od mieszkania, lecz w  torebce ani w marynarce ich nie było. Zaczęła pukać, gdyż przez dłuższą chwilę nikt nie otwierał. Dopiero gdy Szymon zadzwonił do współlokatorki Igi, drzwi ustąpiły. Następnie zasłonił jej oczy i wprowadził ją do środka. I wtedy usłyszała głośne:
– Sto lat, sto lat, niech żyje nam!!! Iga rozejrzała się po salonie i zorientowała się, że oprócz nich są tam jej dziadkowie, zarówno ze strony ojca, jak i matki, ponadto Agata z dziewczynami z zakładu oraz Antek i Majka z Robertem. Specjalnie z Paryża przyleciała też jej ciotka Julita.

– Sto lat!

Iga aż uroniła łzy – już myślała, iż najbliżsi zapomnieli o jej święcie. Tego dnia kończyła bowiem dwadzieścia cztery lata. Poczuła się wyjątkowo. Założyła pasmo włosów za ucho i  ruszyła do przyjmowania życie. Pierwsza podeszła do niej babcia Michalina – matka Julity i Pauliny wraz z dziadkiem Antonim. Życzyli oni solenizantce długiego życia, udanej kariery naukowej i miłości. Następni w kolejności byli dziadkowie od strony ojca, czyli Anna i Stanisław Zakrzewscy. Podarowali wnuczce śliczny wisiorek. Od Majki i Roberta dostała zegarek, a od cioci Julity srebrne kolczyki z kryształami Svarowskiego i torbę od Louise Vuittona. Zakład podarował jej z kolei kartę do ekskluzywnej drogerii. A Szymon? W czerwonym pudełeczku znajdowała się delikatna bransoletka.

– Dziękuje wszystkim – rzekła, gdy goście zasiedli na swoich miejscach. – Jesteście wspaniali.

Impreza urodzinowa Igi trwała do późnych godzin wieczornych. Dziadkowie niestety nie mogli zostać, jeszcze tego samego dnia wracali do domów. Iga pożegnała ich na parkingu, ciotka Julita podążyła taksówką do hotelu, a ludzie z zakładu ulotnili się jeszcze przed dwudziestą. W mieszkaniu asystenckim zostali tylko Agata i Szymon.
 – Myślałaś, że zapomniałem o twoich urodzinach? – spytał ją Dawidowicz, gdy dziewczyna założyła prezent. – Wariatka z ciebie!

Kilka chwil później on również wrócił do siebie. Iga nalała sobie wino i zasiadła z Agatą w salonie. W niedzielę każda zajmowała się swoimi sprawami.

W  poniedziałek Szymonowi i  Idze nie było dane w  spokoju napić się razem kawy. Kiedy ona pracowała w gabinecie, on z kolei miał zajęcia. Po południu dziewczyna wyszła z uczelni na umówione spotkanie z Mią. Francuzka czekała już przed budynkiem uczelni. Ubrana w jasne dżinsy i fioletową tunikę wyglądała bardziej na studentkę niż asystentkę znanego profesora.

– Hej, Mia – Iga przywitała ją uśmiechem. – Jak weekend? Szymon?
 – W porządku – odparła. – Miałam niewielką imprezę urodzinową, którą uważam za bardzo udaną, byli moim dziadkowie i znajomi z wydziału. Zimno, prawda? Chodźmy, pokaże Ci fajne miejsce, w którym uwielbiam jadać.

Tym razem zaprosiła ją do swojego ulubionego bistro. Na pierwszy ogień poszły bliny z wędzonym łososiem.

– Jak twoja noc z Szymonem? – spytała w pewnym momencie blondynka. – Widziałam, jak rozbiera cię wzrokiem.
– Tak, było miło… wręcz słodko – odpowiedziała Zakrzewska i upiła wody ze szklanki. – Ale wiesz… my i nasz związek to tylko przyjacielski seks.
 – Jasne… my, związek i przyjacielski seks w jednym zdaniu – uśmiechnęła się Mia, ocierając usta serwetką. – Ja ci mówię, że jeszcze w tym roku się oświadczy.

Po lunchu Zakrzewska wróciła na uczelnię. Zajęła się opracowywaniem badań, które były wykonywane w ramach otrzymanego przez zakład grantu. Do późnego wieczoru siedziała w swoim pokoju. Kiedy zorientowała się, która jest godzina, szybko wyłączyła komputer, włożyła płaszcz i chwytając w dłoń torebkę ruszyła do drzwi. Na korytarzu czekał Szymon. Siedział na ławce z notesem i sprawdzał prace studentów. Obok niego na siedzisku stała jego aktówka, a przez nią przewieszona była szara kurtka.
– Czeka pan na mnie? – spytała Iga podchodząc bliżej. – Niepotrzebnie, bo ja się nie boję ciemności. – Miałem sporo pracy, a w mieszkaniu bym się tym nie zajął – wyjaśnił wesoło Dawidowicz i włożył kartki do zielonej teczki. – Idziemy?
– Tak, miałam paskudny dzień, a to dopiero początek tygodnia – mówiąc to szatynka poprawiła kołnierz kurtki i wyciągnęła z torebki chustkę. – Jak tylko przyjdę do domu, to uraczę się gorącą czekoladą.
 – Ta, a potem będzie mówić, że jej w boczki poszło – zaśmiał się mężczyzna, podniósł z ławki i stanął obok niej. – Ach, te baby!

Wyszli z  budynku instytutu zmęczeni, ale zadowoleni. Ich projekt naukowy szedł do przodu, a oni mogli liczyć na oferty najlepszych staży w Europie. Nie wiedzieli jednak, jak trudne wyzwania postawi przed nimi życie.






1 komentarz :

  1. facet o zielonych oczach ulululu:D rzadko się takich spotyka

    OdpowiedzUsuń

Tworzę to dla Was . Pokażcie się.

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.